piątek, 3 kwietnia 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Erin odgarnęła sprzed twarzy chmurę kurzu, która uniosła się z podłogi pod gwałtownie zatrzaśniętymi drzwiami, przez które właśnie wybiegł Niketas, zostawiając ją ze swoim naćpanym bratem i bulgoczącym kotłem. Młody hermesiak zdawał się nie zwracać uwagi na resztę otoczenia, tylko opłakiwał stratę swojej, zapewne niesamowicie smacznej, kulki plasteliny. Za chwilę jednak opamiętał się i na jego twarz powrócił nazbyt rozmarzony wyraz. Opadł na kanapę i zaczął wpatrywać się głupio w kolorowy sufit. Jeszcze jakieś cztery godziny i będzie można go wypuścić, pomyślała dziewczyna, tymczasem wracając do pracy nad wcale nie podejrzaną miksturą.
— Atrament, żelki, oranżada w proszku… — wyliczała przedmioty znalezione w ciasnej szufladzie, w której teoretycznie powinny znajdować się zioła. Nie takie zioła, tylko takie dodające smaku niczym słodka przyprawa. Wszystkie zbędne wyrzucała na podłogę, łącznie z… tynkiem? Kto tu, kurwa, schował TYNK. Pod jego grubą warstwą, w końcu znalazła, co chciała — praktycznie niezużyte woreczki z przeróżnymi ziołami. Całe w tynku. Położyła je obok słoiczków z brokatem, rzuconych wcześniej przez Niketasa na blat. Co tam jeszcze trzeba znaleźć? Właśnie, nazwa… Że coś boskiego? „Boski” było już wykorzystane, poza tym „Boska alfa” brzmi nudno…
Stała pogrążona w myślach monotonnie mieszając zawartość kotła, gdy nagły huk wyrwał ją z rozmyślań. Gwałtownie odwróciła się od naczynia, chyba trącając coś ręką. Podeszła do kanapy, na której przed chwilą leżał Joshua, obecnie również leżący, ale na podłodze. Biedaka musiał wyczerpać nadnaturalny optymizm i dosłownie padł ze zmęczenia, przy okazji śliniąc się na deski. Dziewczyna przewróciła oczami i wróciła, aby sprawdzić, co takiego ucierpiało przez jej niezdarność. Początkowo nie widziała nic szczególnego, gdy nagle mikstura zabulgotała, a na powierzchnię wypłynął słoiczek po czerwonym brokacie.
— Ja pierdolę… — przeklęła swój brak koordynacji ruchowej i wyłowiła słoiczek, zanim cały brokat znalazł się w mieszaninie. Nie zamierzała robić wszystkiego od nowa, szczególnie że brakłoby jej kluczowych składników. Nikt przecież nie umarł od odrobiny brokatu, prawda? W każdym razie żaden półbóg, zbyt mało ekstremalna taka śmierć.
Po chwili drzwi otworzyły się, po czym zamknęły z powrotem w akompaniamencie przekleństw dochodzących z zewnątrz. Erin podeszła do drzwi i otworzyła je, wiedząc, kogo tam zastanie. Owszem, stał tam Niketas, i owszem, trzymał w rękach dwa spore, kartonowe pudła. Zdziwienie musiało być wymalowane na twarzy dziewczyny, chociaż w sumie, czy miała się czemu dziwić?
— Dzięki, już myślałem, że zignorujesz moje cierpienie — położył pudła na podłodze i rozprostował plecy, jakby jego kości liczyły sobie cztery razy tyle lat. — Nie potrzebowałbym pomocy, gdyby nie te głupie drzwi, które otwierają się nie w tę stronę, jaką chcę. Czy ty go uśpiłaś??? — spojrzał z niedowierzaniem na brata, wciąż śpiącego jak gdyby nigdy nic. Z wrażenia zdjął na chwilę okulary i przetarł oczy.
— Sam się uśpił — Erin wzruszyła ramionami.
— Aha. Głupi dzieciak udaje zmęczonego. Co ja mam powiedzieć? — zanim zaczął się rozwodzić na temat swoich przewlekłych bólów, Erin przerwała mu pytaniem o zawartość pudeł. — Ach, tak. Pasta do zębów dla dzieci o smaku gumy balonowej. Nie, nie, nie, nic nie mów — praktycznie krzyknął, powstrzymując córkę Hekate od otworzenia ust (czego wcale nie zamierzała robić). — Dzięki temu to będzie miało słodszy smak, więc bachory prędzej poczują się zachęcone. No i pomyśl, to nie będzie zwykły energetyk, tylko myjący zęby, smakujący dzieciństwem energetyk!
— Dobra, jasne, czaję. To dodajmy może jeszcze gumę balonową w czystej postaci, żeby dało się robić balony?
— Pomyślimy nad tym. Wymyśliłaś tę nazwę? — tradycyjnie opadł na kanapę, z jakiegoś powodu powstrzymując się od użycia śpiącego w najlepsze brata jako podnóżka.
— Noooo, prawie. Chciałeś coś boskiego, co może kojarzyć się z bogami? Przepotężny, łaskawy, pedalski…
— OLIMPIJSKI!!! — chłopak aż podskoczył na kanapie, unosząc triumfalnie książkę z krzyżówkami. Erin wzdrygnęła się, cudem unikając przypadkowego wrzucenia do kotła różowego brokatu. — Cóż za genialny timing, hasłem był Olimp! — z wdzięcznością pocałował stronę, na której przed chwilą bazgrał odpowiedzi. — Niech więc będzie „Olimpijska Alfa” — zadecydował. — Trochę pijackiego humoru i przy okazji tematycznie.
— Nie zapomnijmy dodać do reklamy, że po wypiciu poczują w sobie prawdziwą moc Alfy. Podobno to jest teraz tuff, czy jakoś tak.
— Tak, racja, moi niewol-, bracia ciągle to do siebie krzyczą. Dobra, kończmy ten wywar bogów.
— W sumie, jest tam już chyba wszystko poza pastą do zębów.
— I gumą balonową — dodał Niketas.
— Niech zgadnę, zaraz wybiegniesz, a po chwili wrócisz z hurtową dostawą gumy balonowej?
— Akurat tak się składa, że nie potrzebuję hurtowej dostawy gumy — rzekł dumnie, chyba puszczając oczko, chociaż średnio było to widać przez ciemne okulary. — Mam tego TYLE w jedenastce — zarysował rękoma szeroki okrąg w powietrzu. — Myślisz, że czym naprawiamy wszystkie zepsute przedmioty? No chyba nie młotkiem czy jakimś śrubokrętem jak jacyś amatorzy.
— Co ty, w życiu bym nie wpadła na naprawianie rzeczy narzędziami. A swoją drogą, u mnie też pewnie chowa się gdzieś guma balonowa. Jeżeli ktoś schował do szuflady z ziołami tynk, to i to się znajdzie — z udawanym załamaniem pokręciła głową, a hermesiak parsknął krótkim śmiechem.
— Albo wiesz co, zróbmy to najpierw bez tej gumy — Niketas rozmyślił się po chwili. Jakiś inny królik sprawdzi, jak smakuje. Nie możemy przesadzić, nie? Zaraz by nam klienci odlecieli na balonach z gumy.
— Ekstremalne założenia — Erin wycisnęła pierwszą tubkę pasty do zębów do mikstury, która zabarwiła się na różowo i trochę zgęstniała. Mamrocąc pod nosem, dolała więcej gazowanego soku. — No, coś z tego wyszło — powiedziała, z dumą opierając ręce na biodrach.


Niketas?
────
[862 słowa: Erin otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

Artem zacisnął usta w wąską kreskę, kiedy w progu swojego mieszkania zobaczył Edgar. Minęło tyle czasu i już zapomniał, że niegdyś przebywał tutaj średnio cztery dni w tygodniu, co stanowiło trzy czwarte czasu.
— Po co mnie zapraszasz? — zapytał, ściągając z nóg buty. Obuwie odłożył tam, gdzie zawsze je odkładał, kiedy przychodził do Artema. Wiedział, że Rosjanin prędzej ukręciłby mu łeb, gdyby wszedł w brudnych buciorach w głąb mieszkania. — No, bo wiesz… dawno tego nie robiłeś.
— Mam ci coś do powiedzenia. — Kiedy zorientował się, jak to mogło zabrzmieć, od razu się poprawił, dodając: — Tak jakby. W sensie… chodzi o coś innego, niż myślisz, że chodzi.
Edgar tego nie skomentowało, chociaż mogło i w głębi duszy na pewno chciało. Wolało jednak skorzystać z tego, że tutaj było i mogło znowu siedzieć na kanapie w mieszkaniu Artema. Tej małej, miniaturowej kanapie, która zajmowała większość salonu. Mieszkania w Nowym Jorku raczej do dużych nie należały, szczególnie jeśli mieszkało się samemu i za wszystko również płaciło się samemu.
Artem nie usiadł obok. Stanął nad Edgarem, jak kat, czekający na rozkaz, żeby ściąć jejmu głowę. Nie wiedział tak naprawdę, od czego powinien zająć, bo trochę się tego nazbierało.
— Nie spanikuj, okej?
— Jak tak mówisz, to już panikuję. — Poruszyło się niespokojnie na kanapie. — Rozumiem, że zapraszasz mnie tylko, gdy masz jakieś problemy?
Artem przewrócił oczami.
— Chodzi o to, że… tak jakby, hmm… — zamyślił się. Tak szczerze nie wiedział, z której strony powinien ugryźć temat, by nie wystraszyć Edgara. Wystarczyło jedno źle wypowiedziane słowo, a pewnie przyjaciel by mu nie odpuścił ukrywania takich informacji. — Ogólnie to mogę sobie z tym sam poradzić.
— No tak, jak ze wszystkim. Jesteś takim niezależnym facetem.
— Śmiejesz się ze mnie teraz?
— W sumie to tak. — Uśmiechnęło się drwiąco. — Możesz mi o tym powiedzieć później. Dopiero co przyszedłem, wiesz?
Artem kiwnął głowę i poszedł nalać sobie wody. Nie zaplanował niczego specjalnego na ten wieczór. Nigdy nie planował, bo, prawdę mówiąc, nie lubił nawet tego robić. Był typem, który żył tu i teraz. Czasem wkurwiał tym podejściem Edgara, szczególnie wtedy, kiedy przyjaciel potrzebował czasu przed podjęciem jakiejś decyzji.
Usiadł obok na kanapie. Była to tak mała sofa, że nie mógł usiąść po drugiej stronie, by nie dotykać przypadkiem Edgar, bo rzeczona druga strona nie istniała. Mógł kiedyś pomyśleć o większym meblu, ale nie wie, czy to możliwe w obecnym stanie rzeczy. To mieszkanie było zwyczajnie zbyt małe.
— Co chcesz robić? — zapytał, zapominając, że to on jest gospodarzem i powinien sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.
— Nie wiem. — Edgar wzruszyło ramionami. Z zaintrygowaniem obserwowało Artema. Ten przenikliwy wzrok dokuczał mężczyźnie, przez co już któryś raz poprawił się nerwowo na kanapie. — Zdecyduj.
Do głowy przyszedł mu tylko najbardziej oklepany pomysł — oglądanie filmu. Wybrał dla nich jakiś jeden z nowszych horrorów, bo bardzo był ciekawy, czy jest w stanie się wystraszyć. Edgar na to przystanęło, nie mając innych pomysłów na ich wspólny wieczór.
— Dobrze się czujesz? — zapytało w trakcie filmu. Artem siedział pochylony, łokcie opierał na kolanach i nosem prawie wchodził w ekran laptopa. — Nie musisz tak siedzieć.
— Wygodnie mi tak — skłamał.
Był jeszcze gorszym kłamcą od Edgar i obydwoje o tym wiedzieli. Nie chciał jednak na razie rozmawiać o swoich małym problemie i wolał zostawić to już bardziej dla siebie, skoro wcześniej Edgarowi nie spodobało się to, że chciał go o coś poprosić.
— Z pewnością — prychnęło.
Dwadzieścia minut przesiedzieli w ciszy. Edgar nie widziało niektórych części filmu przez zasłaniającego część ekranu Artema. Zaczynało jejgo to drażnić, a jak coś jejgo drażniło, to dawało o tym po sobie poznać.
Przez samą końcówką filmu, Edgar podniosło się z miejsca i położyło dłoń na klapie laptopa. Zamknęło urządzenie szybkim ruchem, uważając przy tym, by przypadkiem nie uszkodzić Artemowi nosa.
— O co chodzi?
— O nic — odwarknął. Wyprostował się pierwszy raz od godziny. Zamrugał oczami, czując, że zaczynają go boleć.
— Tak, wiem, że chciałom o tym pogadać później, ale najwidoczniej musimy teraz.
Artem poczuł się urażony. Nic nie musiał i mógł tego w sumie w ogóle nie robić. Nie wiedział, co mu przyszło do głowy, żeby jejgo tutaj zapraszać.
— Wielkoduszne się zrobiłoś — prychnął. Skrzyżował ręce na piersi. W oczach Edgar wyglądał teraz bardziej jak obrażone dziecko.
— Nie wiem, kurwa, masz jakieś długi, jak ja, czy o co chodzi?
— Za kogo ty mnie masz? Myślisz, że jestem takim debilem, by się zadłużać u kogokolwiek? — wypalił. Dopiero potem przypomniał sobie, co powiedział i, że w sumie to mógł zwyczajnie zamknąć mordę.
— Myślę, że jesteś — fuknęło Edgar. — Zawsze byłeś dupkiem.
— Powiedz mi coś, czego nie wiem. — Uśmiechnął się zgryźliwie. — Dobra, dość tego. Powiem ci, o co chodzi, ale nie możesz panikować.
— Czyli się zadłużyłeś?
— Nie, kurwa, posłuchaj, to było tak, że kiedyś… bardzo dawno temu — zaczął, jakby opowiadał bajkę dla dzieci. — No, tak chwilę po tym, jak przyjechałem do Stanów.
— Okej, zaczyna mnie to martwić.
— Nie będę mówił dalej, jak zaczniesz panikować — ostrzegł. Edgar umilkło i pozwoliło mu dalej mówić. — Te kilka lat temu zaprzyjaźniłem się z pewnymi facetami. Ogólnie byli spoko, ale jeszcze wtedy nie ogarniałem zbyt dobrze angielskiego, żeby wiedzieć, że się w coś wpierdalam. Zdarza się, co nie?
— Ja pierdolę, Artem…
— Daj mi skończyć. — Skrzywił się z nerwów. Już był wystarczająco poddenerwowany tą sytuacją i tym, że o tym opowiada Edgarowi. — Pracowałem sobie wtedy w jakiejś melinie i nie miałem za dużo hajsu, a oni zaoferowali mi robotę. Taką wiesz… na czarno. I jakby… hmm, pomagałem im przekazywać informację o potencjalnych klientach.
— Klientach? — Brwi Edgar powędrowały wysoko do góry. — Jakich znowu, kurwa, klientach?
— Dobra, mówiąc w skrócie, to zadawałem się z dealerami i dla nich nijako pracowałem.
— Nie…
— No, zdarza się. — Wzruszył ramionami beznamiętnie. W środku był zestresowany i wkurwiony, ale przecież nie mógł tego pokazać Edgarowi. W sumie nie tylko jejmu. Po prostu nikomu nie pokazywał swoich słabych punktów. — Wyrwałem się od nich i nigdy o nich już nie usłyszałem, ale okazuje się, że mnie znaleźli i chyba chcą coś sobie ze mną wyjaśnić. Może to przez to, że ostatnim klientom zacząłem wciskać do łap worki z cukrem?
— A więc ich oszukałeś?
— Musiałem. To zaczynało wymykać się spod kontroli. Kiedy klienci dowiedzieli się, że dostają lewy towar, zrobił się mały chaos, a ja to wykorzystałem, żeby uciec. Nigdy mnie nie szukali… jak dotąd.
Edgar zamilkło. Nawet brakło jejmu słów, by powiedzieć cokolwiek. Artem tylko westchnął. Zachowywał się, jakby przed chwilą opowiedział dziecku bajeczkę na dobranoc, a nie zwierzył się z dosyć poważnego problemu.
— Zgłoś to.
Artem zachichotał.
— Właśnie zgłaszam. Przypominam, że pracujesz w policji.

policja otwierac
────
[10063 słowa: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Ivy CD Dantego — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ivy nie wie, co mu odwaliło, żeby się na to godzić. Może to zgonić na jedną z dwóch swoich największych słabości — empatię lub strach, jednak nie potrafi logicznie nawet za ich sprawką wytłumaczyć swego zachowania. W całej jego pracowniczej karierze nie zdarzyło mu się, aby tak postąpić. Przez to musi się otrząsnąć po nieplanowanym spotkaniu z Dante i wyjść na spacer, wśród dusznego powietrza, rozbrajającego chłodu zbliżającego się wieczoru i samotnym towarzystwie siebie samego. Zaczyna się bać, że sam powoli wariuje. Wariactwo zaczyna się, gdy przestajesz myśleć logicznie. W takim razie musiał zwariować już dawno temu.
Ma nadzieję, że poczynania Dante mają związek z jego stanem i gdy farmakologia zacznie działać (o ile się to wydarzy), zachowanie mężczyzny będzie stabilniejsze (a przynajmniej tak sobie wmawia). Może się utwierdzić jednak w przekonaniu, że rzeczywiście, z jego pacjentem jest coś nie tak, nie tak w tym sensie, że go prześladuje i nie jest to tylko wyobrażeniem Ivy. To nie jest żadna paranoja czy halucynacje. On, rzeczywiście, może być szkodliwy. Jest tego świadomy, ale mimo to, nic nie robi, bo wie, że Dante nie zaprzesta ich współpracy ot tak, na życzenie psychiatry. Ivy nie może zgłosić prześladowania, bo z obiektywnego punktu widzenia, mężczyzna nie robi nic szkodliwego. Nie ma na to aktualnie powodu — ale jednocześnie, przecież, Dante może to uczynić w każdej, najmniej przewidywalnej chwili.
A może jednak ma paranoję. Dante ma problemy także w sferze relacji interpersonalnych, więc możliwość, że naprawdę chce się tylko zaprzyjaźnić, brzmi nawet realistycznie. Widać też, że przejawia czyste zainteresowanie swojemu psychiatrze. Wiele osób podejmuje próby bliższych kontaktów ze swoimi psychologami i psychiatrami, bo najzwyczajniej w świecie się do nich przywiązują. W końcu relacja psychoterapeutyczna jest wyjątkowo specyficznym rodzajem bliskości, a jeśli dodać do tego niestabilną oraz lękową osobę, otrzymujemy połączenie przystosowane do istnej tragedii. Zadaniem Ivy jest to, by mu pomóc, a więc powinien go wesprzeć także w tym.
Znowu mu się śni. Na okrągło myśli o tym, że on wie, gdzie mieszka. Może przyjść w każej chwili z odwiedzinami, z kwiatami w ręku, czy wpaść na kawę. Nie widział jednak w swoim otoczeniu żadnych biało-różowo-pudrowych włosów. Niewyróżniający się niczym tłum utwierdzał go w spokoju.
A jednak, w końcu spotyka go jednego cichego, powolnego dnia. Wraca akurat z domu starego znajomego i przez krótką chwilę o niczym nie myśli, rozkoszując się spokojem ducha, dopóki nie dopada go poczucie, że ktoś go obserwuje. I nie jest to z pewnością żaden potwór, a człowiek, bo tylko człowiek potrafi w tak przeszywający sposób wywołać w drugiej osobie uczucie trwogi.
Ivy postanawia, że zmierzy się ze swoim obserwatorem. Nie dziwi go widok jego pacjenta, który bez pośpiechu, jakby napotkali się tylko przypadkowo, podchodzi do niego, teatralnie rozkładając szeroko ramiona — a raczej Ivy sądzi, że teatralnie, bo po chwili mężczyzna go przytula i klepie w plecy przyjacielsko. Psychiatra zastyga, nie odwzajemniając za żadne skarby uścisku, czekając, aż ten się zakończy. Jak ofiara mająca nadzieję, że jej napastnik za moment odpuści.
— Mam wrażenie, że każda droga prowadzi mnie do ciebie — stwierdza po odsunięciu się od Ivy, odsłaniając świecące bielą zęby.
— Nie powinieneś tak robić, Dante. — Kładzie nacisk na wymowę jego imienia, taktycznie zakładając ręce na piersi. — Chyba nie muszą ci dalej niczego tłumaczyć?
Chce coś jeszcze dodać, ale zamiast tego, zaciska zęby, bojąc się, że pójdzie za daleko i przekroczy granicę. Dante nie reaguje ani wrogością, ani przykrością, jakby specjalnie ignorował to, co do niego powiedziano. Jest ubrany dziś w czarne spodnie z cekinami, a pod rozpiętą kurtką z futrem ma założoną koszulę, a na niej siateczkowy top. Ivy przez moment chce spytać, czy nie jest mu za ciepło, bo temperatura jest nadal wysoka po minionym lecie. Oprócz tego wygląda na zmęczonego, a z jego tonu można wyczytać, że nie jest niesamowicie entuzjastyczny.
— Co za przypadek. — Ivy wysila się na delikatny uśmiech. — Skąd wracasz?
— Ja? Byłem w pracy i na zakupach. Przechodziłem akurat w tej okolicy.
Nawet nie kwestionuje jego słów. Ma ze sobą wypchaną, czarną torbę, na którą od razu zwraca uwagę — tak zafiksował się na swoje uczucie niepewności, że zwraca uwagę na każdy szczegół, byleby uratować się od myśli, że jest prześladowany. Wzdycha z ulgą.
— Taaa. Rozumiem.
— A ty?
— Wyprowadzałem psy znajomego.
— To ty masz przyjaciół?
Tak dosadne pytanie powala go z nóg i nie może znaleźć żadnej odpowiedniej frazy, aby mu odpowiedzieć, bo sam nie zna odpowiedzi — a nie chce siebie pogrążać.
— Powiedzmy — mówi po wielu sekundach. — Jak się czujesz?
— Okej. Powiedzmy.
— Cieszę si-
— Jesteś wolny?
— Powiedzmy.
Dante śmieje się krótko. Psychiatra nawet czuje, że w tym momencie go trochę lubi, gdy może z nim luźno porozmawiać, bez obawy, że przyłoży mu nóż do gardła i zacznie grozić, że jeśli nie poda mu numeru telefonu albo nie wyjdzie z nim do kawiarni, to zrobi mu krzywdę.
— Nie chcesz wyjść gdzieś?
— Wybacz, nie mam dziś ochoty na żadne wyjścia — odpowiada, uśmiechając się znowu. — Nie w humorze. Może następnym razem, co?
— Nalegam! Poczujesz się lepiej, obiecuję.
Jeszcze nigdy ktoś go tak nie naciskał na wyjście. Siedział całe życie w swoim pokoju, nie utrzymując z nikim bliższych kontaktów, przez co coraz bardziej zamykał się w sobie i coraz bardziej nie chciał interaktować z nowymi osobami. Nie nabrał też w ciągu życia tej chęci, aby się odzywać, uczestniczyć w społeczeństwie czy zawierać relacje romantyczne. Nie zależało mu nigdy na tym. Fakt, że Dante jest tak nim zainteresowany, wstrząsa nim wewnętrznie, dotyka jego najsłabszych punktów, których nawet lekkie zadrapanie powoduje krwotok.
Nic się nie stanie, jeśli raz zrobi wyjątek co do zasad relacji, jaką powinien utrzymywać z pacjentami. To nie tak, że z nim romansuje.
— Gdzie?
— Do baru.
Krzywi się. Myślał, że zaproponuje bardziej cywilizowane miejsce, a nie zbiór nieprzewidywalnych osób pod wpływem alkoholu. Woli samotnie delektować się winem w domu, niż upijać się piwem w pubie, gdzie przesiadują albo młodzi studenci, którzy chcą się jeszcze wyszaleć, albo starsi, uzależnieni panowie — nic pomiędzy. A on nie należy do żadnej z tych grup.
— To nie miejsce dla mnie.
— To miejsce dla każdego.
— Wiesz, jestem trochę… jakby to powiedzieć — mamrocze do siebie, odwracając wzrok od Dantego.
— Zaufaj mi. — Kładzie rękę na ramieniu Ivy, ponownie się do niego zbliżając, jak przy ich uścisku. — Jestem na co dzień w takich miejscach. Co ty, nie mów, że nie potrafisz się trochę zabawić.
Jest bardzo blisko. Zbyt blisko. Może dostrzec piegi na gładkich polikach mężczyzny, które mienią się w słońcu oraz pełne wargi, pomalowane różowawym błyszczykiem. Stykają się ciałami, a perfumy Dantego nieprzyjemnie łaskoczą go w nos. Nie da się ukryć, że Ivy przy nim będzie wyglądać okropnie dziwnie, jak starszy mężczyzna, który umówił się z urokliwym, pociągającym młodzieńcem, bo mężczyzna z powodu swojej prezencji wyglądał na młodszego, niż jest. Ponownie ogarnia go fala niepewności, mętlik w głowie, że to głupota, ale ugina się pod wpływem charyzmy białowłosego.
— Okej. Powiedzmy, że ci ufam.
Nie ufa mu pod żadnym pozorem.

 
Dante?
────
[1129 słów: Ivy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 2 kwietnia 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Pomyślała, że dobrze, w takim razie zajmie się tym sama. Skoro Oriana odrzucała jej pomoc i wolała martwić się wszystkim we własnym towarzystwie, to ona sięgnie po grubsze działa. I nie chodziło o jakąś dziecinną zabawę w kotka i myszkę. Kaya nawet nie myślała o stworzeniu głupich pułapek, które miałyby złapać złodzieja. Dziewczyna chciała powiadomić policję. Kto zajmie się lepiej sprawą kradzieży jak nie służby prawa?
Przez całą zmianę zastanawiała się, czy to na pewno dobry pomysł. Rozmyślała o wszystkich za i przeciw. Oriana także nie mogła się dowiedzieć o tym planie — mogłaby ją za to udusić. Musiała działać sama i nie mogła się wygadać, co było trochę trudne przez jej gadulstwo.
Planowała, żeby następnego dnia w przerwie wyjść na papierosa i przy okazji zadzwonić na policję. Niech tu przyjadą i niech załatwią to na jej oczach — będzie miała przy okazji niezłą zabawę. Liczyła też na to, że Hudson pojawi się na jutrzejszej zmianie, tak, jak był wpisany w grafiku. Dzisiaj nie przyszedł i pewnie miał na to głupią wymówkę, ale nie może przecież odpuszczać pracy cały czas. Chłopak jeszcze się nie domyśla, że menadżerka podejrzewa go o kradzież, a współpracownica próbuje go wrobić.
Plan wydawał się niemal idealny. Oczywiście był idealny tylko w głowie Kai, bo tak naprawdę istniało sporo dziur, którymi dziewczyna się nie przejmowała. Od dzieciaka cechowała ją porywczość. Nie była kimś, kto na tablicy korkowej zacznie wieszać zdjęcia podejrzanych i będzie łączyć je czerwoną nitką. Kaya rwała się do pracy. Jak już na coś wpadła, to chciała wcielić plan w życie jak najszybciej. I nie zawsze zastanawiała się nad późniejszymi konsekwencjami albo tym, co zrobić, jeśli coś jej nie wyjdzie.
Następnego stała pod drzwiami restauracji i w myślach powtarzała sobie cały plan. Miała wyjść na przerwę w okolicach południa i zadzwonić na policję — tylko tyle. Co powie dokładnie? Jeszcze nie wie, ale się domyśli. Co zrobi, gdy Oriana się dowie, że to ona wezwała gliny? Jeszcze nie wie i chyba nie chce wiedzieć, ale będzie musiała się z tym zmierzyć.
— Cześć.
To nie była Oriana. To był Hudson. Niewysoki chłopak o kruczoczarnych włosach, wyglądający jak typowy amerykański nastolatek. Uśmiechał się delikatnie do Kai, a ta odwzajemniła uśmiech, nie chcąc, by się spłoszył. Przecież nie mogła po sobie pokazać, że wszystko wie (a przynajmniej go podejrzewa o tę kradzież, bo nikt z nich jeszcze tego nie potwierdził).
— Co tak wcześnie? — zapytała. Obydwoje stali pod restauracją tak półgodziny przed planowaną godziną rozpoczęcia zmiany. Kaya nie mogła spać, więc było jej wszystko jedno, o której wyjdzie z domu, ale Hudson? Ten chłopak zazwyczaj się spóźniał albo przychodził na ostatnią chwilę.
— Nie mogłem spać.
Prawie zupełnie, jak ja, pomyślała.
— Koszmary?
Ciągnęła tę rozmowę tylko po to, by zobaczyć reakcję chłopaka. Nie liczyła na to, że zacznie się jej zwierzać. Hudson był raczej zamknięty w sobie i rzadko włączał się w niezobowiązujące rozmowy.
— Chyba była pełnia. — Wzruszył ramionami. Schował ręce do kieszeni kurtki i wyraźnie się spiął. Nie spodobało mu się, że Kaya zadaje tak wiele pytań.
Oriana przyszła chwilę później. Nie zwróciła szczególnej uwagi na ich dwójkę, stojącą pod drzwiami do restauracji. Otworzyła im zwyczajnie drzwi, wyłączyła alarm i poprosiła, by zaczęli przygotowywać salę oraz maszyny do pracy.
Kaya poszła przygotować ekspres do kawy. Uruchamiając urządzenie, nie mogła spuścić wzroku z Hudsona. Patrzyła, jak chłopak przeciera stoły i przysuwa do nich krzesła. Wyglądał inaczej niż zawsze. Nie tylko to widziała, ale także czuła.
— Skup się. — Oriana jakby od razu zauważyła podejrzane zachowanie Kai i skarciła dziewczynę. — Zaraz wylejesz mleko.
Kaya przeklęła w myślach, ale posłusznie zajęła się swoją robotą. Jeszcze parę godzin do przerwy. Jeszcze chwila, a to wszystko się wyjaśni.
 
— Idę na przerwę — rzuciła do Oriany w ciągu dnia. Do kieszeni wcisnęła sobie paczkę papierosów, a na plecy zarzuciła kurtkę. — Wiesz… na zewnątrz.
Menadżerka zmierzyła ją wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Dla Kai był to jasny znak, że może wychodzić, ale ma zaraz wracać. Specjalnie wybrała też godzinę czternastą, kiedy zaczynał się większy ruch, żeby Oriana przypadkiem do niej nie wyszła, kiedy będzie dzwonić po policję.
Rześkie powietrze omiotło jej twarz. Automatycznie odechciało się jej palić. Sięgnęła po telefon i wystukała na ekranie numer alarmowy. Cholera, lepiej, żeby to wyszło.
— Halo? Chciałabym zgłosić kradzież.
— Kradzież? — Policjant po drugiej stronie słuchawki wydawał się znudzony. Pewnie słyszał to samo już któryś raz dzisiaj. — Gdzie?
Kaya podała adres oraz swoje imię. Poprosiła też, żeby policjanci, którzy przyjadą na miejsce, nie mówili wprost, kto dzwonił. Nie mogła pozostać całkowicie anonimowa, ale jeśli mogła uniknąć gniewu Oriany, to chciałaby go uniknąć.
Dziwny fakt był taki, że policja zjawiła się szybciej, nim Kaya zdążyła się na to mentalnie przygotować. Prawie tak, jakby wysłani do tej „misji” gliniarze znajdowali się dwie przecznice od ich restauracji.
Do środka najpierw wszedł wysoki blondyn z krótko ściętymi włosami. Wyglądał na tyle onieśmielająco, że dla Kai mężczyzna przypominał bardziej wojskowego, a nie zwykłego policjanta. Zaraz za nim wszedł jego niższy towarzysz. Obydwoje spojrzeli najpierw na jedzących w spokoju ludzi, a potem ruszyli w kierunku kas.
— Kurwa mać — przeklęła Oriana. — Co ten cwel…
— O kim mówisz? — Kaya zmarszczył brwi.
Oriana wyszła zza lady i podeszła do niższego policjanta. Kaya stała za kasą cały czas ze ściągniętymi brwiami. Nie wiedziała, że Oriana zna się z jakimś policjantem. I nie wiedziała, że akurat może przyjechać tutaj w sprawie jej zgłoszenia.
— Kto zadzwonił? — zapytała ostro. Kai momentalnie żołądek podszedł do gardła. Jeśli któryś z nich się wygada, to może być skończona w oczach menadżerki; a bardzo zależało jej, żeby mogły zbudować przyjacielską relację.
— Tajemnica, złotko.
Złotko?
— No już, Edgar, zabieraj się do roboty.
Facet, o którym chwilę wcześniej Kaya pomyślała, że jest onieśmielający, podszedł właśnie do niej. Był, kurwa, ogromny.
— To co się stało? — spytał. — Kto was okradł?
— Dlaczego pytasz akurat mnie?
— Bo ty zadzwoniłaś.
Ja pierdolę.

meow?
────
[953 słowa: Kaya otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie 

ZIMA

Od paru dni doskwierał jej ból w każdej części ciała, od samych stóp po kark. Siedzenie przy biurku jedynie pogarszało sytuację — postawa kobiety zmienia się w skuloną, ikoniczną krewetkę, a fakt, że nie potrafi normalnie usiąść w miejscu, jak normalny człowiek, nie kręcąc się co chwilę, tym bardziej utrudniał zachowanie dobrostanu. Została ze wszystkim sama i nie wiedziała właściwie, na jak długo. Nie nadawała się do odpowiedzialnego życia.
Miała wrażenie, że życie sprawia jej ostatnio same kłopoty, a raczej to ona sobie z niczym nie radziła, nawet z tym, by regularnie jeść posiłki, bo zaczęła pomijać kompletnie śniadania. Musiała pracować więcej za kierowniczkę, przez co wracała do domu zmęczona i nie miała ochoty nawet przysiąść do tabletu, co było jej codzienną rutyną, jedyną, której nie łamała. Po raz kolejny dotarło do niej, jak bardzo to nie jest dla niej i zmieniłaby profesje przy pierwszej lepszej okazji (ale, oczywiście, takiej nie było, więc pozostała z jedyną możliwością, jaka istniała — pogodzenie się ze swoim losem). Dopadało ją poczucie niższości, że może powinna iść na inne studia, znaleźć sobie kontakty, wspiąć się po wyimaginowanych schodach kariery, o której nawet nie marzyła, ale to by zapewne było ,,właściwe” i by nie sprawiało, że patrzyłaby na innych z nikłą zazdrością, której nie chciała do siebie za wszelką cenę dopuszczać.
Jej drobne ciało zapadało się niemal w zimowej, puchatej kurtce, ale nie miała innej, która nadawałaby się na tę pogodę, więc chodziła w kupionej parę lat temu w sieciówce, pikowanej parce z kapturem. Kaya zwróciła uwagę kobiecie, że wygląda w niej śmiesznie. Nie do końca wiedziała, z jakiego powodu.
Próbowała udawać, że nie widzi kolejnego problemu. Unikała dziewczynę, nie chcąc, aby ta się angażowała nadmiernie w to, w co nie powinna — przez to Oriana bała się, że zaraz zacznie wchodzić jej na głowę, a i tak to robiła, ale na niższym, przyjacielskim poziomie.
W szatni rozebrała się, bez pośpiechu, choć była trochę spóźniona.
No dobra, spóźniona o godzinę, bo zaspała.
Miała nadzieję, że nikt nie zacznie jej szukać w ramach jakiejś potrzeby, skoro był początek tygodnia, dlatego (przynajmniej w przewidywaniach) raczej spokojniejszy dzień. Nie lubiła nosić koszul — sprawiało u niej dyskomfort, jak uwydatniają jej kształty, a założenie większego rozmiaru tylko by sprawiło, że wtedy wyglądałaby niechlujnie — ale takie były wymagania co do Oriany, do menagera, który powinien budzić szacunek. Przypięła na piersi plakietkę z imieniem, a wtedy do pomieszczenia weszła kolejna osoba. Położyła na stole filiżankę z kawą i talerzyk z ciastem.
— Hej! — przywitała ją Kaya. — Jak nastrój?
— Dobrze. Masz przerwę? — zerknęła na stół. — Nie wolisz zjeść coś pożywniejszego?
— Nie, nie, już jadłam wcześniej. Chcesz kawałek? — Uśmiechnęła się, unosząc widelczyk z kawałkiem ciasta.
Oriana parsknęła, bo mimo wszystko zrobiło jej się ciepło na sercu, widząc zadowoloną zachętę Kai, i pokręciła głową. Poszła do biura i zaczęła pracę. Zapisywanie strat, rozliczanie wypłat, odpisywanie na emaile i sprawdzanie, czy ktoś wrzucił kolejną głupią opinię na google maps. Spędziła w zamkniętym pomieszczeniu cztery godziny, aż zaczęła boleć ją głowa. Odsłoniła bardziej zasłony, ale na zewnątrz nie było słońca, dlatego i to nie pomogło, więc postanowiła pójść napić się szklanki wody po raz pierwszy tego dnia. Napotkała w pokoju socjalnym Kayę, która marszczyła brwi do na ekranu swojego telefonu.
— Nie miało dziś być Hudsona na zmianie? — spytała nagle. — Jest wpisany w grafiku.
— A ty znowu z tym? Znajdź inne zajęcie, jeśli ci się nudzi.
Wzięła gryza jednej z orzechowych babeczek, które ktoś mile upiekł i popiła wodą. Miała nadzieję, że Kaya nie obrazi się za tak szorstki ton, ale miała nadzieję, że sobie odpuści i zapomni — o nieznaczącej tak naprawdę wiele — sprawie. Nie musiała tego rozwiązywać od razu (a może też nie miała ochoty lub siły na to — a wprost mówiąc, może też się jej nie chciało). Nie zależało jej aż tak na restauracji, żeby wtryniać się w kryminalne zagadki kradzieży w firmie, która na tym bardzo nie zbiednieje, bo płaci pracownikom tyle, że bardziej opłacałoby im się znaleźć pracę w jakimś szemranym fast foodzie albo osiedlowym sklepie.
— To co, sprawdzałaś kamery?
— Nie mam dostępu do monitoringu.
— Jakim cudem?
Wzruszyła ramionami, odwracając wzrok.
— Nie jest to coś, co należy do moich obowiązków.
— No to możesz zawiadomić gliny.
— Nie będę dzwonić na policję.
— Czemu?
— Ach… wiesz, nie chcę robić furory na całą restaurację.
Córka Apollo wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego, zmarszczyła brwi. Patrzyła na Orianę w zamyśleniu, a ta jedynie jadła dalej babeczkę. Powoli wyczerpywała swoje zasoby słów na ten dzień.
— Trochę dziwnie się zachowujesz.
Postanowiła nie kontynuować po jej słowach. Nalała sobie kolejną szklankę wody i poszła z nią w kierunku biura. Kaya, kompletnie nieproszona, potuptała za nią. Stukot butów na niskim obcasie zirytował Orianę.
— Powinnaś coś zrobić, wiesz?
— Kaya… — burknęła, zatrzymując się przed drzwiami.
— No co?
— Czemu się tak tym przejmujesz?
— Chcę ci pomóc.
— Ale ja cię o to nie pytam.
Otworzyła drzwi. Kelnerka doskonale powinna wiedzieć, by nie wchodzić do takich pomieszczeń bez polecenia, ale i tak to zrobiła. Oriana westchnęła głęboko, opierając się o biurko i patrząc na nią, czując, jak gorąc wrze się w jej środku. Zauważyła na koszuli Kai małą, brązową plamę po kawie. Kokardka była niedbale zawiązana wokół kołnierza — może nie był na to moment, ale nabrała chęci, aby ją poprawić i podeszła do kobiety, która aż spięła się w miejscu. Rozwiązała wstążkę i na nowo, starannie ją założyła. Czoło Oriany sięgało do wysokości ust białowłosej.
— Przebierz koszulę. Nie możesz tak wychodzić do ludzi.
— Robisz to, żeby mnie rozpraszać? — zamrugała, otrząsając się z chwilowego transu.
— Nie powinnaś być w pracy?
Odsunęła się i ignorując obecność kobiety, usiadła na obrotowym krześle, wygodnie się opierając i zakładając nogę na nogę. Z nadzieją, że Kaya odejdzie, wróciła do swoich obowiązków, ale ona nie odpuszczała, ewidentnie zmartwiona aktualnym stanem rzeczy. Przywiązała się już do tego miejsca na tyle, by zadbać o to, by nic złego się nie działo. Przywiązała się też najwyraźniej do Oriany, bo to nie był pierwszy raz, gdy chciała (na siłę) jej pomóc (jak właściwie każdemu innemu).
— Chciałam cię jakoś w tym wesprzeć. Wybacz.
Oriana powoli traciła cierpliwość. Podniosła powoli spojrzenie znad notatnika. Rozgoryczona Kaya wyglądała jak zbity kociak, a plama od kawy na jej piersi była wyjątkowo dezorientująca.
— Słuchaj, nie jesteśmy w przyjacielskich stosunkach, żebyś musiała mnie w czymkolwiek wspierać — rzuciła ostro, przestając powstrzymywać słowa. — Wracaj do pracy.


Kaya? 
──── 
[1037 słów: Oriana otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, rok temu

Kelner wciąż nad nimi stał, czekając, aż któryś z nich zdecyduję się wyciągnąć portfel. Trwali w takiej niezręcznej ciszy przez dobrą minutę.
— Chwileczkę. — Judas niewinnie się uśmiechnął. Jak na takiego chłopa ten uśmiech wyszedł mu naprawdę dobrze. Zazwyczaj wyglądał gorzej, próbując wyglądać na miłego. — Podejdę do samochodu. Zostawiłem w nim portfel.
Kelner był młody, a więc też niedoświadczony i głupi. Pozwolił im tak po prostu wyjść, razem z dzieciakiem. Nie przyszło mu do głowy, że coś może być bardzo nie tak, a dzieciak przebywający w towarzystwie dwójki facetów ubranych w piżamy może być w niebezpieczeństwie (aktualnie to oni byli w tarapatach tylko z winy rzeczonego dzieciaka).
Chłopak powiedział, że będzie na nich czekał przy ladzie, a Judas posłał mu swój wymuszony, uroczy uśmiech. Havu by się bardzo zaśmiał, gdyby nie to, że musiał walczyć z mieszającym mu w głowie alkoholem. Obydwoje zachowali się do granic możliwości nieodpowiedzialnie, najpierw zamawiając po kilka dań, a potem jeszcze pijąc w towarzystwie smarkacza, który polegał tylko i wyłącznie na nich.
W pierwszej chwili, kiedy bose stopy Havu spotkały się z wychłodzonym już piaskiem, pomyślał, że zaraz złapie ich kierownik tego baru i będą skończeni. W drugiej zaś chwili przyszło mu na myśl, że przecież są półbogami i mogą zrobić małe „czary-mary”. Wiadomo, bycie półbogiem od razu stawiało ich w lepszej sytuacji, prawda?
Judas rozejrzał się na wszystkie strony, złapał najpierw Vincenta za rękę, a potem Havu, który walczył z utrzymaniem równowagi i szybkim krokiem zaczął się oddalać. Szli najpierw plażą, totalnie na widoku, ale przynajmniej oszczędzili sobie chodzenie po obrzydliwym chodniku.
— Vincent, posłuchaj — zaczął, sprawdzając, czy nikt ich jeszcze nie zaczął śledzić. To była tak naprawdę kwestia czasu. Jeszcze nie zeszli z plaży, więc trudno byłoby ich nie zauważyć. — Musimy wrócić do domu. Stopem.
— Okej. — Pokiwał głową. — To może chodźmy na ulicę?
Kolana Havu zaczynały się pod nim uginać. Nierówna powierzchnia, zapadający wieczór i chłodne powietrze tylko pogarszały stan, w którym się znajdował. Jeszcze chwila, a będzie ciągnięty przez Judasa i Vincenta. Zostawią wtedy po sobie wzór na piasku, wyglądający prawie tak, jakby ciągnęli trupa.
— Jeszcze nie — zaprzeczył.
Havu prawie nie rozumiał, o czym rozmawiają, ale ze wszystkim się zgadzał, potakując głową. Co mu innego zostało? Jeśli za chwilę nie doprowadzi się do porządku, to będzie tym, który odpowie za kradzież, bo nie zdąży, mówiąc prosto, spierdolić.
— Przejdźmy się jeszcze kawałek.
— Czy to przez niego? — Vincent wskazał na Havu. — Jest chory?
— Ja nie choruję! — Rudowłosy podniósł głowę i zgromił ostrzegawczym spojrzeniem Vincenta. — Wiesz, kiedy ostatni raz chorowałem? Nie pamiętam.
— To co ci jest?
— Choroba morska.
— Choroby morskiej przypadkiem nie dostaje się, gdy płynie się statkiem?
Im więcej pytań Vincent zadawał, tym było gorzej. Judas musiał to wszystko znosić, starając się zapanować nad sytuacją, nad którą wcale nie panował, ale przynajmniej mógł sprawiać takie pozory.
Z plaży zeszli chwilę później. Chodników w Ameryce za bardzo nieb było, więc też musieli iść kamienistym poboczem. W ich bose stopy wbijały się drobne kamyczki i wyschnięte źdźbła traw. Havu chyba to pomogło na jego niedyspozycje, bo nagle z umierającego, stał się pełen życia.
— Mówi się, że chodzenie boso jest zdrowe.
Judas nie był w humorze na żarciki mężczyzny i zareagował na to głośnym, wręcz przesadzonym, westchnięciem. Vincent za to pokazał swoje zainteresowanie, bo interesowało go wszystko i nic jednocześnie.
— To w sumie relaksujące. — Uśmiechnął się i dumnie szedł dalej, ukrywając dyskomfort i ból pod płaszczykiem szczęśliwego dziecka. — To jakby chodzić po klockach lego, ale trochę lepszych.
Po dwudziestu minutach chodzenia poboczem, jak trójka uciekinierów z zakładu zamkniętego, zatrzymała ich policja. Mogli się tego spodziewać — w końcu okradli mały barek na plaży.
Vincent schował się z Judasem, a Havu głośno westchnął, zastanawiając się, czy powinni teraz uciekać, czy może udawać przed stróżami prawa, że są niepoczytalni i nie wiedzą, skąd się tutaj wzięli ani dlaczego okradli tamtą restaurację.
— Zgubiliście się? — Facet po stronie kierowcy opuścił szybę i omiótł wzrokiem Judasa, jakby to on wyglądał najciekawiej z ich trójki. — Gdzie macie buty?
— Jesteśmy hippisami — wtrącił się Havu. — Koczujemy i chodzimy boso, bo tak jest nam wygodniej. Taki styl życia, rozumie pan?
Policjant odwrócił się do swojego towarzysza, z którym jechał i zaraz wrócił wzrokiem na ich dwójkę.
— Rozumiem, że nie macie też pieniędzy i musicie okradać restauracje z jedzenia? Wyglądacie zbyt charakterystycznie, panowie, żebym sobie teraz tak pojechał.
— Jaka restauracja? — Havu z całych sił próbował udawać zdziwionego. — My jemy tylko w lasach. Polujemy.
Judasowi drgnęła powieka.
— Pojedziecie stąd. Teraz.
Głos mężczyzny zabrzmiał o wiele groźniej, niż zazwyczaj. W bardzo nieprzyjemny sposób zadrżał w głowach Havu i Vincenta. Policjanci wykrzywili usta. Chcieli się zaśmiać, ale coś weszło im do umysłów. Strach. Poczuli się mali, wystraszeni do granic możliwości, jakby właśnie przeżywali typową scenę z horroru. Zamiast drwiącego uśmiechu na ich twarz wkradło się przerażenie.
— Nic nie widzieliście. Nie wiecie, gdzie jesteśmy i nigdzie tego nie zgłosicie.
— D-dobrze. — Policjant zaczął zasuwać szybę, a Judas nie odwracał od niego wzroku. — M-miłego wieczoru.
Odjechali z piskiem opon. Tak szybko odjeżdżającego radiowozu Havu jeszcze w życiu nie widział.
— Jezu — skomentował tylko. On sam poczuł się niesamowicie niekomfortowo przez to, co Judas przed chwilą zrobił. Jakby sam stał się przypadkową ofiarą, tak jak dzieci stają się biernymi palaczami w towarzystwie palących rodziców.
— Idziemy.
Judas chyba bardzo nie lubił korzystać ze swoich mocy, bo przez dobre dziesięć minut się nie odzywał. Nie reagował nawet na Vincenta, którego przecież tak bardzo lubił.
 
Zmęczyli się. Szli już bardzo długo po drodze usianej kamieniami, starą trawą i przejechanymi zwierzętami. Ich stopy były bardziej zmęczone niż reszta ciała, a kolejne kilometry posłałyby ich do szpitala na amputację kończyn.
Usiedli gdzieś przy drodze, trochę dalej od pobocza, żeby przypadkiem ich coś nie przyjechało. Ubrania, które na sobie mieli, zaczynały przypominać stare szmaty i tak też pachniały. Śmierdzieli całą trójką przepotwornie.
— Ej, a może dasz radę nas teraz teleportować?
— Jest za ciemno. — Wzruszył ramionami. — Umiem w dzień stworzyć tęczę, ale w nocy już nie.
Warto było spróbować. Sprawdzić, czy może jest dla nich jakieś wyjście.
— Byłeś kiedyś w harcerstwie? — Havu uśmiechnął się głupkowato. — Możemy sobie zrobić ognisko i żyć na dziko. Pomyśl, Vincent, jakie to byłoby zajebiste.
— To znajdę rozpałkę! — Poniósł się z miejsca. Bardzo go pobudziła myśl o rozpalaniu ogniska. — Musi być sucha, co nie?
— No, najlepiej.
Vicent zniknął wśród niskich krzewów i traw. Dobrze, że nie był starszy, bo wtedy nie dałby się wysłać po coś tak głupiego, jak suche patyki na ognisko.
— Jakiś plan? — zwrócił się do Judasa, który siedział z podkulonymi kolanami pod brodę. Wyglądał dziwnie w tej pozycji. Bardzo nienaturalnie. Może, dlatego że miał cholernie długie te nogi? — Musimy jakoś wrócić, no nie?
— Najwyraźniej nie wrócimy. A tak swoją drogą, to strasznie chce mi się jarać.
— Zapytaj Vincenta, może ukręci ci szluga z suchej trawy.
— Bardzo zabawne.
Havu wzruszył ramionami. Jego to rozbawiło.
— W końcu ktoś się zatrzyma.
— Jak dotąd nikt się nie zatrzymał. Pomijając tych wkurwiających policjantów.
Był to fakt, ale również trzeba było wziąć pod uwagę, że szli poboczem w samych piżamach bez butów i ludzie mogli brać ich za grupkę wariatów. Nikt o zdrowym zmyśle nie zatrzymałby się i nie wziął takich podejrzanych typów do swojego samochodu. Jeszcze się okaże, że siedzą tak naprawdę gdzieś na Florydzie, a dojechać muszą do San Francisco w Kalifornii. Kto by się tego podjął?
Ich krótką rozmowę przerwał ryk silnika samochodowego. Ktoś zatrzymał się na poboczu, gdzie siedzieli. Dosyć duży pick-up strzelił im ostrymi światłami po oczach.
— Co tutaj robicie?!
Nic nie mogli zobaczyć przez rażące światła. Havu usłyszał tylko trzask zamykanych drzwi i czyjeś kroki.
— Wstawajcie. Podwiozę was.
Starszy facet, wyglądający jak farmer z pobliskiej wsi, wyciągnął do nich rękę. Był niski, strasznie siwy i wciąż nosił kaburę z nożem myśliwskim przy spodniach. Mógł być jednocześnie skończonym wariatem, bo znowu — kto chciałby brać do siebie trójkę śmierdzących przybłędów? Mógł być też zwyczajnie miłym dziadkiem, któremu brakowało towarzystwa po śmierci swojej żony. Ewentualnie mógł być jednym i drugim, ale to było znacznie gorszym scenariuszem.

kalifornijska masakra z dziadkiem?
────
[1305 słów: Havu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

środa, 1 kwietnia 2026

Zmiany na blogu — WAŻNE (prima aprilis)

Jak pewnie wiecie i pamiętacie (lub nie), za niecałe dwa miesiące przypada kolejna rocznica powstania bloga. W związku z tym planujemy pewne zmiany, które zaczynamy powoli wprowadzać już teraz, by 27 maja blog mógł od nowa ruszyć z pełną swoją świetnością oraz nowym, świeżym pomysłem.
W związku z tymi zmianami, aż do 27 maja wszystkie wątki i aktywność na blogu zostają zawieszone. Nie odbieramy wam dostępu do bloga, pozostanie on otwarty do czytania, bo również wy będziecie brać udział w prowadzonych zmianach; będziecie ich najważniejszą częścią! Będziecie mogli też na bieżąco oglądać zmiany w wyglądzie bloga i dawać nam swoje sugestie.
Przede wszystkim, razem z rocznicą bloga zmieni się jego profil. Dalej pozostajemy blogiem rp, jednak bądźmy szczerzy – kto w tych czasach siedzi na blogach? Doszliśmy do wniosku, że umierającą blogosferę możemy uratować tylko poprzez powrót do korzeni.
Od 24 maja blog wraca pod nazwą Smells Like Dog Half-Blood.

Co to dla was oznacza?

Przede wszystkim, do dnia ponownego otwarcia bloga macie czas, by przesłać nam zmodyfikowane formularze postaci. Informację o tym, co trzeba zmienić, co dopisać i co poprawić, zostanie podsumowana w jednym pliku, do którego wszyscy zawsze będziecie mieli dostęp, ale znajdziecie je również niżej. Formularze będziemy edytować na bieżąco, więc zawsze będziecie mogli zerknąć, czy wszystko zostało poprawnie zmienione.
Oczywiście, zmieniając profil, nie chcemy wymazywać stworzonych przez lata historii. Te dwa miesiące, które sobie dajemy, to też czas dla nas, by dostosować cechy obozów i miast pod potrzeby psów. Spośród grupowych w Obozie Herosów zostanie wybrany nowy Alfa wraz z zastępcą, w Obozie Jupiter rolę tę przejmie aktualny pretor, a w Nowym Jorku i San Francisco odbędzie się serwerowe głosowanie.
Dzięki temu będziecie mogli kontynuować pisanie, jak tylko wrócimy, z miejsca, w którym zostało przerwane, znając już wszystkie nowe realia.
Powrót do starej blogosfery oznacza też powrót ekwipunku, więc przygotujcie się na potki zmiany rasy, przedmioty leczące rany i inne znane nam wszystkim ulepszenia.
Jeśli macie pytania, to śmiało kierujcie je do administracji; odpowiemy na wszystkie.
Żeby nie rozciągać posta, wszystkie rzeczy do zmiany znajdziecie po jego rozwinięciu →
 

poniedziałek, 30 marca 2026

Od Quinn — „Denial is a river...”

Od zerwania z Ashley, oczywiście przez Keitha Quinn czuło dziwny niepokój, jakby jakiś potwór non stop ich obserwował, czekając tylko na niewłaściwy ruch. Szybko jednak okazało się, że to po prostu paranoja Quinn i po prostu Ashley posyła im mordercze spojrzenia z drugiego końca obozu a jej oczy są wypełnione kurwikami.
— Wiesz, co bym zjadł? — mruknął Keith, gryzmoląc w swoim notatniku. Kątem oka Quinn dostrzegło krzywe, pisane różowym markerem „DROGI PAMIĘTNICZKU”. Może on też powinien zacząć prowadzić pamiętnik? Takie miejsce, gdzie może wyrzucić swoje emocje, zamiast znowu wysadzać kibel.
Bo przecież ile można.
— Nie wiem. Na pewno przyda ci się zjeść trochę rozumu — bąknął, gapiąc się w chmury. Blastoise znowu krzyczał, że jest głodny. Zaraz go nakarmi, na jeszcze chwilę.
Życie było jakieś takie piękniejsze.
— Po pierwsze — to było niemiłe. Po drugie pierdol się Quinn — Keith zmarszczył nos niezadowolony. — Po trzecie… kebaba stary. Moja cudowna rodzicielka zbajerowała kiedyś typa w takiej jednej budce. Mówię ci, desperat kurwa. W każdym razie, okręciła go sobie wokół palca i zawsze dawał nam ekstra porcje mięsa. I na bogów, Quinn, żałuj, że nie jadłeś tego sosu czosnkowego. Orgazm w buzi. Mówię ci. Najlepszy sos czosnkowy, mówię ci. A jak jeszcze się ugryzło i trafiłeś na kawałek ogóreczka, pomidorka, innych warzywek i taki kawałek mięska, który jest jednocześnie przypieczony i soczysty….
— Cóż, nie brzmi tak źle — mruknęło, jakoś nie popierało fantazji kumpla. Może dlatego, że niedawno jedli.
— Tylko wiesz, nie radzę całować ci się wtedy z Ash bo z mordy będzie walić ci czosnkiem. Chociaż Ash może uznać to za zaletę, skoro nie przeszkadza im twój smród.
— Otrzymałeś ty kiedyś groźby śmierci?
No kurwa, debil. Quinn podniosło się do siadu
— Parę razy, słoneczko. Wysil się na coś kreatywnego
— A tak poza tym to Ash mi się nie podoba, ani trochę! — dodali zaraz, trochę ciszej i mniej ostro, niż mieli zamiar.
— Taaaaa a mi tu czołg jedzie — Keith otworzył szerzej oczy, pokazując na nie palcem. — Ślinisz się na nich gorzej, niż kundel pod budą z kebabem. Żyjesz w takim wyparciu, że to aż smutne.
Okej, przesadził frajer. Może i Quinn było w stanie żartować z naprawdę WIELU rzeczy, tak jednak temat ich uczuć do Ash był nadal… cóż, mówiąc, że drażliwy, to jak nic nie powiedzieć. Fuknęło, zabierając leżące na trawie tamagotchi, zwijając się z miejsca szybciej, niż Keith zdążył cokolwiek powiedzieć.


────
[386 słów: Quinn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Ishy CD Raine — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

Uparła się jak osioł, a kiedy Isha uprze się jak osioł to baardzo ciężko jej cokolwiek wyperswadować. Dlatego też, z zawzięciem godnym pięciolatka, który próbuje udowodnić pani, że umie stanąć na rękach, dzierżyła łyżkę w dłoni niczym prawdziwy oręż. Ewentualnie narzędzie tortur.
Oba określenia wybitnie dopasowywały się w ten obraz nędzy i rozpaczy. Łyżka za łyżką, starała się nie myśleć zbyt wiele, do pomocy zatkała nos, licząc, że cokolwiek to da. Jednocześnie próbowała nie roześmiać się w duchu, bo haha żart dla dorosłych o połykaniu. I tak, na litość przodków, bawiło ją to zdecydowanie bardziej, niż powinno, jakby znowu była gówniarą, która ledwie skończyła piętnaście lat i odkryła, co to jest pomarańczowy youtube.
— Jakby moja nonna zobaczyła te rzygi szatana, to by chyba dołączyła do dziadka w zaświatach — stwierdziła sucho, przecierając twarz. Czy właśnie zaczynało robić się jej kwaśno w buzi? A i owszem. Czy miała zamiar puścić bełta z powrotem do miski, w której pływało jeszcze trochę tych pomyj? Kurde, ciężko stwierdzić. Z jednej strony była w stanie to zrobić no ale z drugiej… wstyd trochę.
Przypał.
Nawet bardzo.
Może gdyby jedli to w plenerze to by znalazła jakiegoś krzaczora, no a tak to wstyd, jak jasna cholera. Nie będzie przecież robić chlewu w knajpie, nawet jeśli jej zdaniem to miejsce śmierdziało starym olejem i odświeżaczem o zapachu lawendy.
Duch walki szybko jednak z niej wyparował, gdy tylko jej się odbiło, a zawartość żołądka cofnęła się, chcąc wrócić tam, skąd przyszła. Nie-e. Nie ma, koniec.
— Wiesz co? Ja chyba podziękuję. Nie chcę spędzić całą noc, przytulając białą porcelanę — stęknęła zbolała, odkładając pokonaną łyżkę i odsuwając od siebie praktycznie pełną miskę. — Swoją drogą, skoroś taki mądry, to dlaczego samemu nie jesz? — uniosła brew ku górze, lustrując Raine.
— Ja? Cóż… jadłem! Już wcześniej.
Pokiwała głową, odpuszczając temat.
No tak, oczywiście, że jadł wcześniej.

**
Oparła się o stół, rozpościerając ręce. Obok niej na talerzyku stała beza z owocami, bitą śmietaną i malinowym musem. Dobra, taka nie za słodka, chociaż Isha zdecydowanie wolała słodsze rzeczy, takie na poziomie „dopadnie cię próchnica pięć pokoleń do przodu”.
— Więc, generalnie te jakieś czterysta milionów lat temu, jak jeszcze nie było drzew to rosły sobie takie- no — wzięła od raine kawałek papieru, na którym nagryzmolił wcześniej grzyba, odwracając na drugą stronę. — Tak, wiem, że wygląda jak wibrator, ale artystką nie jestem. — bąknęła, łypiąc na Raine spode łba.
— No, w każdym razie. Ostatnio czytałam, że to ponoć nie były wcale grzyby a jakieś nowe organizmy, które nie są naukowcom znane. ALE! Wyobraź sobie, taka wielka, wielgachna sowa czy borowik szlachetny. I to nie taki na metr a na całe osiem!
Oczy Raine zalśniły, jakby właśnie zobaczył największy prezent pod choinką ze swoim imieniem, ewentualnie dowiedział się, że kupiony los na loterię wygrał osiem milionów dolców. Cóż, było to dosyć zabawne, ale i jednocześnie miłe, nie bardzo pamiętała, kiedy ostatnio ktoś chętnie słuchał jej gadania o prehistorycznych stworach.
— O kurde, skąd ty wiesz takie rzeczy? — zapytał, pochylając się nad stołem, jakby właśnie prowadzili dyskusję na temat tego, w jakiej dzielnicy zacząć sprzedawać bimber albo cukier puder.
— Mam obsesję na punkcie dinozaurów i jakoś tak wyszło przy okazji. — wzruszyła ramionami — Słuchaj, moja propozycja jest taka, skoro ta grzybowa to było gówno totalne i prawie wywołało u mnie odruch wymiotny, bo żałuję, że się urodziłam już od dawna… — wzięła głęboki wdech, czasem zapominała, że oddychanie to bardzo ważna rzecz. — Wracając, moja propozycja jest taka, że zrobię ci grzybową, ale taką prawdziwą. Z borowikami, podgrzybkami… a nie jakieś sztuczne gówno. No i będzie bez rozgotowanego makaronu oraz ziemniaków. Deal?
Raine przechylił głowę niczym szczeniak.
— Zapraszasz mnie do siebie?
Isha zmarszczyła brwi, parskając śmiechem.
— Co ty, nigdy w życiu — fuknęła, nim zdała sobie sprawę, że brzmiała zbyt ostro. Zbyt niemiło i zbyt odpychająco. — W sensie wiesz gościu, niedawno cię poznałam. Nie mówię, że jesteś jakimś psychopatą, bo wydajesz się okej, ale wybacz, nie wpuszczam ludzi tak randomowo do mieszkania. Możemy się znowu spotkać na jakąś kawę. Albo na wycieczkę do muzeum. Przyniosę ci wtedy zupę w słoiczku, nawet wstążką ci owinę — wyciągnęła dłoń w jego stronę.
— To co, mamy deal?
Mimo wszystko uśmiechnęła się lekko, choć sama się sobie dziwiła tej decyzji. Otwieranie się na innych nie było czymś, co przychodziło jej łatwo. No ale może warto było spróbować.


Raine?
────
[707 słów: Isha otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Jaja? Jajami chcesz trumnę przetransportować? — prycha teraz Ricky, zaaferowany pomysłem o doczepieniu kółek. Chociaż pomysł Kuźmy, geniusz właściwy komuś takiemu jak on, na pewno wpadła na niego dzięki jego niesamowitemu wpływowi, można więc ten pomysł właściwie nazwać połowicznie należącym do merwkurwiaka. Albo przynajmniej w 1/4, co jest wystarczającą i zadowalającą liczbą dla młodego chemika, przecież nawet roztwór o takim stężeniu jest silny, nie można więc i tu umniejszać jego roli.
— Idioto, zatrzymaj się! — coś w tym stylu pewnie by usłyszał Ricky, gdyby nie kręcił się w karuzeli samochwalenia dalej w kółko, wznosząc się coraz wyżej. Ale zachwyt nad własnym geniuszem przejął go zupełnie, aż nie tylko metaforycznie, ale też dosłownie wzleciał - po potknięciu się o wystający z ziemi kamień, jakie to symboliczne, rzeczywistość nadająca siłę do lotu, a potem podcinająca skrzydła uzdolnionemu odkrywcy.
To nieco otrzeźwiło Rickiego, dało przestrzeń do namysłu, kiedy rozcierał guz na czole. W bólu musiał przyznać, że chociażby prędkość, z którą spieszył do zrealizowania pomysłu o dzieciach Wulkana, była nieodpowiednia. Kuźma najpierw zaśmiała się, kiedy niczego się nie spodziewający syn Merkurego zaliczył glebę, potem się zmartwiła, ale potem dalej się śmiała, kiedy się upewniła, że będzie żył. Myślała pewnie też, że to zdarzenie nieco go przystopuje, i może skłoni do nieco bardziej racjonalnego osądu sytuacji? Rzecz jednak jest o Rickym, także było to mało wątpliwe. Otrzepał kurz z koszulki w skarpetki w krewetki, upewnił się, że na pewno ma tyle samo zębów, ile dziś rano naliczył i wstał.
— Na pewno wszystko w porządku? Może chcesz wrócić do infirmerii? — powiedziała nagle Kuźma.
Te słowa podziałały na niego jak kubeł zimnej wody, i wyrwał się w końcu z pozycji pępka świata.
— Infi… rme… rii? — przeciągnął sylaby, jak by to miało fizycznie zwiększyć dystans od tego strasznego miejsca, które już dobrodusznie i w szczerej nadziei zepchnął w otchłań zapomnienia.
— Infirmerii — piętnastolatka bezlitośnie delektowała się tym słowem.
Ricky postąpił więc jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Podciągnął spodnie, bo trochę mu opadły i było widać bokserki z Garfieldem, zacisnął zęby, aż zazgrzytały, odwrócił się i szedł dalej, na tyle szybko, na ile stłuczony palec u stopy mu pozwalał. Nie byli już tak daleko od warsztatów zajmowanych przez dzieciaki Wulkana. Merwkurwiak potarł jeszcze raz czoło, jakby dotyk jego obgryzionych paznokci i częściowo wyżartego, pobliźnionego różnymi substancjami naskórka miał zdziałać cuda. Upadek wytrącił go nieco z równowagi, a Kuźma jeszcze tą infirmerią… wiedział, że boi się ciemności, ale do dziś nie był świadomy swojego przerażenia instytucjami medycznymi. I nie chciał się dowiadywać, jaki strach może odczuwać, patrząc na zwykłą strzykawkę, którą normalnie wstrzykiwał by coś do…. czegoś? robiąc coś? jakiś eksperyment, ważny, a przede wszystkim, przyjemny? Coś takiego nie powinno służyć jako narzędzie tortur! Aż zadrżał, ale przełknął dzielnie ślinę i wszedł przez drzwi garażowe do nieco ocienionego wnętrza warsztatu.
— Halo! — starał się przekrzyczeć wizg wiertarki. Jednak kiedy ta się wyłączyła, ktoś inny zaczął coś spawać. Przez moment pozostał niezauważony, aż nie szturchnął kogoś swoim brelokiem Waltera White'a w pośladek. Wtedy do dźwięków, razem ze stukami młotka. dołączyły się jego krzyki. Dla półgłuchego merwkurwiaka nie czyniło różnicy natężenie hałasu, i tak ledwo co słyszał, musiał więc wyczytać „To ty? Wypierdalaj, zanim coś wybuchniesz!” z ruchu jego warg.


Kuźma?
────
[526 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona — „Just another day”

Alayah była typem nieznośnego ekstrawertyka. Wszędzie było jej pełno i wszędzie chciałaby pójść. Filemon już od najmłodszych lat przestał za nią nadążać, ale dzisiaj był już do granic możliwości wyczerpany. To kolejny sklep, do którego weszli tylko po to, by Alayah mogła sobie ponarzekać na ceny, nie dając bratu nawet dojść do głosu. Plusem było to, że Filemon nie musiał targać ze sobą dziesięciu toreb, martwiąc się, czy udźwignie jeszcze kolejne pięć.
Alayah zatrzymała się dopiero przed budką z lodami. Było dzisiaj ciepło, jak na to, że znajdowali się w San Francisco. Dziewczyna otarła pot z czoła i uśmiechnęła się do brata.
— Przerwa.
Filemon w duchu odetchnął. Przez ostatnią godzinę latał za siostrą — nawet mając długie nogi ledwo, mógł ją dogonić.
Alayah wzięła sobie lody truskawkowe, a Filemonowi podała coś, co nazwała „smakiem niespodzianką”. Czymkolwiek był ten „smak niespodzianka”, Filemon trochę się obawiał i nie spróbował od razu.
— Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz — zaśmiała się. — No, dalej, nie bój się.
Filemon się bał, bo znał swoją siostrę na wylot. Wiedział, że albo zamówiła mu coś najpyszniejszego na świecie, albo coś najobrzydliwszego w mieście. Nigdy nic pomiędzy. Alayah cechowały skrajności.
Postanowił w końcu spróbować tego wynalazku i pozytywnie się zaskoczył — siostra wzięła mu loda o smaku jakiegoś sernika, może nowojorskiego, a nie o smaku mięty, której szczerze nienawidził.
— Dzisiaj jesteś dla mnie łaskawa — zauważył, bo Alayah od dzieciaka wolała bawić się w pranki.
— To za to, że zgodziłeś się ze mną spotkać.
— Z własną siostrą zawsze mam czas, żeby się spotkać.
Alayah chyba była ostatnią osobą, z którą Filemon mógł się spotykać. Ze wszystkimi innymi łączyły go jedynie więzi pracownicze albo więzi bingo-podobne, bo przecież chodził ze starszymi paniami na bingo.
Po tym dniu Filemon wziął na siebie odprowadzenie Alayah na busa, bo dziewczyna mieszkała w miejscowości oddalonej o około osiemdziesiąt kilometrów od San Francisco. Całą drogę słuchał jej narzekania na matkę i pracę, w której musiała użerać się z nieznośnymi klientami. Cóż, mógł się tylko zgadzać, bo też nienawidził zarówno matki, jak i swojej pracy.
Pożegnali się chwilę przed osiemnastą. Filemon zaplanował sobie na resztę dnia odpoczynek i święty spokój, ale droga powrotna do mieszkania okazała się niesamowicie niełaskawa. Pierwsze, co zobaczył, to wielkiego stwora, a potem uciekającego przed nim dzieciaka. Miał może trzynaście lat, może właśnie miał skończyć czternaście. Nie potrafił tego ocenić, ale w każdym razie był dosyć młody i trochę zdziwiło mężczyznę, że pozwalają takich bachorom biegać po mieście bez odpowiedniego treningu. W końcu rzekomy półbóg dzierżył w jednej dłoni miecz.
Stanął i obserwował sytuację przez minutę. Nie czuł potrzeby, żeby mu pomóc. Odciął się od tego życia. Od tych wszystkich potworów, smaku krwi i okropnego smrodu, którego nie dało się z siebie zmyć po takiej walce przez następny tydzień. Mógł tylko życzyć smarkaczowi szczęścia. Życie półboga nigdy nie jest długie i w większości przypadkach kończy się nagłą, brutalną śmiercią. Może ten dzieciak już miał zapisany swój los i powinien umrzeć dzisiaj, o tej godzinie. Nie mieszał się w to.
Do domu wracał w akompaniamencie trzasku metalu, krzyków dzieciaka i ryku potwora. Domyślał się, jak to starcie się potoczyło i kto odniósł zwycięstwo. Czasem tak bywa.

────
[521 słów: Filemon otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Wiedziałom, że teraz Oriana prawdopodobnie jeszcze bardziej znienawidzi Artema. Była już wystarczająco niezadowolona za każdym razem, gdy pojawiał się w naszym domu i za nic nie mogła się do niego przekonać, nieważne co powiedziałom na temat jego i naszej relacji. Nie wierzyła, gdy mówiłom jej, że jest z nami lepiej i że mężczyzna nie jest niczemu winien. Wykiełkowała się w niej zawiść, przez którą twierdziła, iż czuje od Artema negatywną, złą energię i zalecała mi na okrągło trzymać się od niego z daleka. A doskonale wiedziała, że nie zamierzam jej słuchać.
Ściszyliśmy głosy. Usiadłom na łóżku obok Artema i rozpakowaliśmy razem rzeczy, jakbyśmy własnie wspólnie przygarnęli zwierzaka i zaczynali nowe, szczęśliwe życie. Zamiast tego, czułom się jak wrak człowieka, który nie wie, w jakim punkcie się znalazł i gdzie powinien teraz zmierzać, bo znalazł się w ciemnym tunelu, w którym nie może odszukać wyjścia, gdyż musi iść na oślep.
— Nie chcesz wcale tego psa, prawda?
— Czemu w ogóle gadasz takie coś? — burknęłom, marszcząc brwi.
— To ty mówiłoś, że nie wiesz jak radzić sobie ze zwierzętami.
— Nie pamiętam tego.
— Ale tak było.
Postanowiłem się o to nie kłócić, skoro niezależnie od tego, czy tak mówiłem Artemowi, czy nie, było to prawdą. W domu, ani swoim rodzinnym, ani u Vivian, nie miałem nawet rybek. Matka miała alergię, a Vi, nie miała do tego ani ręki, ani czasu, ani nerwów”. Gdy dorosłem, to dziecięce marzenia o posiadaniu psa dawno się ode mnie odsunęły. Nie uznałbym się nigdy i tak za wystarczająco odpowiedzialnego — chociaż przyznanie się do tego jest za to jakąś oznaką odpowiedzialności.
— Sugerujesz mi coś? — odezwałem się po chwili ciszy.
— O co ci chodzi?
— Znam ten pierdolony ton. Sugerujesz mi coś.
— Sugeruję, że musisz przestać musieć mieć zawsze ostatnie słowo w dyskusji.
Czując, jak spięta jest moja szczęka, rozluźniłem mięśnie twarzy. Trwaliśmy kolejne parę minut w ciszy, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć — jaki w tym momencie mogę z nim poruszyć temat, aby nie zmienił się on w niezręczną rozmowę bądź kolejne nieporozumienie.
— Chcesz coś zjeść, napić się? — spytałom. — Jesteś w końcu gościem. — Wzruszyłom bezwolnie ramionami, gdy na mnie spojrzał.
— Nie, dzięki. Chyba będę się już zbierał.
Pokiwałom głową, chowając twarz. Nie chciałom go trzymać na siłę, choć głos w mojej głowie podpowiadał, żebym nie odpuszczało tak łatwo. Wstał z łóżka i przez przypadek potrącił mnie lekko ramieniem, po czym wyszedł z pokoju.
— Poczekaj-
Zostań.
Wyszłom za nim na korytarz, gdzie już szykował się do wyjścia z założonymi butami. Artem zatrzymał się i odwrócił głowę w moją stronę. Ścisnęłom wargi, spuszczając wzrok. Poczułom nawrót tego charakterystycznego ścisku w żołądku, który nie pozwalał mi na wydobycie żadnych słów, dusząc je w środku.
— Dzięki. Za wszystko.
Nie odpowiedział. Drzwi zamknęły się za nim lekko, jakby to poruszył nimi szybko ulatujący wiatr.


 
Nie byłom w stanie nic zjeść tego dnia, przez co dopadały mnie w okazjonalnych momentach mdłości, ale i tak wyszłom z papierosem na balkon. Odpaliłom drżącymi palcami zapalniczkę, która powoli traciła swoją moc, usiadłom na progu i chłonęłom zimno wieczoru, nie myśląc o niczym. Tak jak przez większość czasu w mojej głowie kotłował się natłok myśli, tak tym razem nie mogłam nawet zmusić się do tego, aby moja uwaga skierowała się na coś innego, niż ciemna pustka na niebie.
— Wszystko dobrze?
— No. Wspaniale.
Zrobiła coś, co mnie zdziwiło tak, że nie zdążyłom strzepnąć popiołu z papierosa, a ten sam oprószył się na moje spodnie — usiadła obok mnie, pozwalając, żeby śmierdzący dym leciał na jej twarz. Zakryła się bardziej kurtką, podwinęła kolana pod brodę, otuliła je i nic nie mówiła, jakby po prostu chciała być ze mną. Zaakceptowałom tę propozycję, samo nie mając wielkiej ochoty na to, by mówić jej, jak naprawdę się czuję. Na dodatek znałom ją tyle czasu, że wiedziałom, jak kłopoczą ją jakiekolwiek emocjonalne rozmowy. Czułobym tylko, że się użalam.
— I tyle? 
— No. Tyle.
Westchnęła.
— Nadal go kochasz?
Rzuciła tymi słowami w próżnię. Nie wzruszyłom się, nie poczułom, jak potrząsają one mym ciałem, czy wędrują, by przebić się przez zamknięte bramy w głowie — przeleciały obok mnie, niezauważone (czy nieusłyszane) i byłom tego świadome, tak samo, jak tego, jakie reakcje powinny we mnie wywołać. Jeszcze nigdy nie dopadło mnie takie zobojętnienie. Nie, gdy temat dotyczył go.
Nie spojrzałem na nią, w nadziei, że wstanie i mnie zostawi w świętym spokoju, w obawie, że za moment się złamię. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Następne, prawdopodobnie, kilkanaście minut — choć mogło minąć i dwadzieścia, a może pół godziny — siedzieliśmy razem na mrozie, w milczeniu, aż nie wypaliłem trzeciego papierosa i wróciłem pierwszy do mieszkania, zmęczony tą głuchotą i mając ochotę tylko na to, aby pójść spać i obudzić się jak najpóźniej następnego dnia.

LATO

Od dwóch dni nie mogłom spokojnie odetchnąć. Próba przyłożenia się do czegoś wymagającego skupienia nie miała ani szansy powodzenia. I nie dlatego, że Artem zaprosił mnie do swojego mieszkania, a dlatego, że zaprosił mnie do swojego mieszkania na noc. Nawet nie kryłom się ze swoim zaskoczeniem, ale nie odpowiedział mi wprost, skąd wyszła od niego inicjatywa z taką propozycją, patrząc na to, że przez ostatnie miesiące byliśmy zbyt zajęci, by się widzieć. I nastał ten dzień, gdzie obydwoje mieliśmy czas.
,,ciągle pracujesz, wiesz?”
,,probuje czyms zając glowe”
Rozmowa ucichła, a brak odmowy z mojej strony musiał zostać uznany za przyjęcie zaproszenia. A przynajmniej miałem nadzieję, że tak to zostało odebrane. Nie byłbym sobą, gdybym odmówił — czułem takie pobudzenie, że tylko odliczałem do godziny dwudziestej, nie przejmując się niczym innym niż tym, jak wyglądam, w co się ubiorę, co mogę powiedzieć, czy powinienem ze sobą coś wziąć i czy ma jakieś konkretne zamiary, inne niż spędzenie ze mną czasu.
Stukot moich butów rozbrzmiał po całym korytarzu. Pokonałem irracjonalny, przejmujący mnie lęk i nacisnąłem klamkę od drzwi mieszkania, które były już dla mnie otwarte. 

  Artem?
────
[952 słowa: Edgar otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 29 marca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jakoś przez cały czas miałem nadzieję, że jestem z nim na dobrej drodze, żeby zostać przyjaciółmi (a może czymś więcej?). Mężczyzna to jednak wszystko zepsuł w tej krótkiej chwili, a to sprawiło, że poczułem narastającą w mojej piersi złość. Miałem ochotę wstać i zacząć rwać sobie włosy z głowy tylko po to, żeby ten zareagował i zaczął mnie uspokajać.
Wpatrywałem się w niego tak przez długą chwilę, starając się uspokoić chęć wykrzyknięcia mu w twarz wszystkich rzeczy, o których teraz myślałem. Przecież mnie zazwyczaj się nie odrzuca. Dostałem kosza? Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! Czego on nie rozumie?
— Potrzebuję tego numeru — kontynuowałem, udając, że nie słyszałem, co do mnie wcześniej mówił. Nie mógł mi odmówić. Nie wyjdę stąd, dopóki nie napisze mi na kartce ciągu dziewięciu cyfr. — Czuję, że sobie bez tego nie poradzę.
— Dante…
Słyszałem, że jego głos zadrżał. Nie wiedziałem, czy to ze strachu, stresu czy może jednak tego szczęścia z racji tego, że zaoferowałem mu swoją przyjaźń. Postanowiłem się uśmiechnąć. Uśmiech zawsze potrafił kupić innych.
— Obiecuję, że nie będę wypisywał, kiedy nie będzie to potrzebne.
Mężczyzna poprawił kołnierz koszuli.
— Może następnym razem.
Ale dla mnie nigdy nie ma następnego razu! Kiedy ktoś tak mówi, wiem, że próbuje się mnie pozbyć; a ja bardzo nie chciałem stąd wychodzić bez jego numeru. Potrzebowałem się kontaktować z Ivy. Czułem, że bez tego kontaktu całe to leczenie przepadnie, a ja zostanę zjedzony przez wilkołaka.
— Nie. — Pokręciłem głową. Teraz to mój głos zaczął drżeć. Rozumiałem, że zaczynam tracić kontrolę. — Nie, okej?
— Obiecuję, że…
— Nie! — wrzasnąłem, całkowicie niespodziewanie, bo nawet ja nie wiedziałem, że w tym momencie nie wytrzymam i pozwolę swojej złości uciec. Z roztargnieniem przeczesałem palcami włosy. Mój oddech przyspieszył, serce tłukło się w piersi. Kurwa, nie wyjdę stąd, jeśli nie…
Ktoś otworzył drzwi i zaraz wszedł do środka. Obca osoba położyła swoje brudne ręce na moich ramionach. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej.
— Następnym razem porozmawiamy, dobrze, Dante? Tymczasem dziękuję za wizytę i pamiętaj, żeby wykupić leki.
Zostałem siłą podciągnięty do góry i wyprowadzony z pomieszczenia. Nawet nie próbowałem się szarpać — i tak bym nie wygrał z kimś, kto wyglądał jak kawał byka. Skąd oni biorą takich ochroniarzy?
 
Wiedziałem gdzie mieszkał i to mi wystarczyło, żeby wieczorem czekać w okolicy. Szukałem charakterystycznych długich włosów i równie charakterystycznego stylu ubioru. Może w oczach innych nie wyróżniał się niczym specjalnym, to dla mnie był idealny. Był kimś, kogo na pewno szukałem od lat. To ta igła w stogu siana.
Mężczyzna pojawił się na widoku około godzinę od mojego przybycia w okolice. Szedł spokojnie, w dłoni trzymał zapalonego papierosa. Był taki piękny, że poczułem chęć, by zrobić mu zdjęcie.
— Hej. — Podszedłem się przywitać.
Ivy wypuścił z ręki papierosa.
— Co tutaj robisz?
Nawet nie schylił się, żeby go podnieść.
— Źle się czuję — skłamałem. — Szukałem apteki, ale nie mogę żadnej znaleźć.
— Apteka jest ulicę stąd. Mam nadzieję, że pomogłem.
Chciał szybko odejść, ale skutecznie zagrodziłem mu drogę. Podniosłem z ziemi papierosa i mu go podałem. Nie mógł się przecież zmarnować.
— Jesteś po godzinach pracy, prawda? — Uśmiechnąłem się. — W takim razie nie jestem już zwykłym klientem i możemy gdzieś wyjść.
Musiałem przyprzeć go do muru, naprawdę! Bez tego w życiu nie zgodziłby się na wspólne wyjście. Tak czasem trzeba — pokazać komuś, że nie ma innej możliwości.
— Chyba się nie rozumiemy.
Poczułem jakąś delikatność w głowie mężczyzny. Było to dla mnie jak cukierek, osładzający gorzki dzień. Mógł do mnie mówić tak całą wieczność.
— Proszę. — Gdyby nie to, że staliśmy na chodniku, a chodniki nie słyną z wyjątkowej czystości, to bym przed nim uklęknął. Och, jakbym ja chciał uklęknąć przed tym facetem. — Tylko jeden raz.
Ivy był dosyć nieugięty. Dawno nie widziałem aż tak nieugiętej osoby, ale koniec końców uległ moim błaganiom i wskazał drogę do najbliższej kawiarni. Nie odezwał się do mnie ani słowem, co poniekąd rozumiem i uszanowałem jego decyzję do momentu zajęcia przed nas stolika. Mężczyzna specjalnie wybrał taki z dala od okien i innych ludzi. Nie przeszkadzało mi to — tak nawet było lepiej.
— Nie chcę być niemiły, ale Dante, uważam, że powinieneś znaleźć sobie innych przyjaciół.
Ten komentarz puściłem mimo uszu. Kelnerka akurat stawiała na stole pucharek z truskawkowymi lodami oraz czarną kawę w zwykłej filiżance.
— Lubisz tutaj przychodzić na kawę? — zapytałem, zlizując trochę bitej śmietany z lodów.
— Może być.
Odpowiadał mi zdawkowo. Tak, jakby robił to dzieciak, który dopiero uczy się mówić. Nie przeszkadzało mi to.
— Zawsze chciałeś być lekarzem?
— Nie.
— Kim innym chciałeś być? Lotnikiem? Może marynarzem? — Grzebałem w lodach, patrząc cały czas w oczy mężczyzny. Wiedziałem, że unika tego spojrzenia, ale już nie miał gdzie uciec. — Praca lekarza chyba nie jest łatwa, prawda?
— Nigdy nie była.
Uśmiechnąłem się. Chyba zaczynał być ze mną szczery. Kochałem szczerość. Kochałem fakt, że mogłem z nim tutaj rozmawiać. Że mogłem z nim siedzieć w kawiarni na osobności, a nie w strasznym gabinecie, który kojarzył mi się z wrednymi pielęgniarkami i jeszcze gorszymi lekarzami.
Ivy kawę wypił dosyć szybko. Myślałem, że takimi napojami należy się delektować, ale najwidoczniej mężczyzna nie lubił męczenia jednego picia przez godzinę. Nie przeszkadzało mi to wcale, tak samo, jak nie przeszkadzały mi inne jego zachowania.
— Mogę wrócić do domu? — zapytał, powoli podnosząc się z miejsca.
— Poczekaj. — Złapałem go za dłoń. Miał zimne palce i szorstką skórę. — Mogę cię odprowadzić.
— Doceniam, ale naprawdę dam radę wrócić sam. Sam wiesz, że… mieszkam niedaleko stąd.
Unikał mojego spojrzenia cały czas. Nie spodobało mi się to. Teraz wolałem, żeby na mnie patrzył.
— W takim razie nie powinien być to żaden problem.
Skończyło się na tym, że całą drogę szedłem jakieś dwa kroki za nim, a on co jakiś czas się na mnie oglądał. Czułem się trochę jak kryminalista, ale starałem się zrozumieć jego perspektywę. Może naprawdę nie lubił być odprowadzany pod same drzwi?
— Pamiętaj… żeby wziąć dzisiaj leki. — Zatrzymał się, kiedy znaleźliśmy się już bardzo blisko bloku, w którym mieszkał. Wiatr zawiewał mu włosy na twarz. — I weź może dwie tabletki zamiast jednej, okej? Powiesz mi potem, czy coś się zmieniło.
— A mogę trzy?
— Dwie wystarczą. — Pokręcił głową. — Na razie wystarczą.
Było mi przykro, że musieliśmy się pożegnać, ale pozwoliłem mu wrócić do domu. Przecież dopiero zaczynaliśmy budować swoją przyjaźń i byłoby to co najmniej dziwne, gdybym już u niego sypiał, prawda?

ivy?
      ps. mozesz go zabic
────
[1025 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]