piątek, 20 lutego 2026

Od Mikołaja — „Nietypowa prośba” [Walentynki]

W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?

— Mikołaj!
Mikołaj szedł przed siebie, z założonymi na uszy słuchawkami. Głośna muzyka skutecznie zagłuszała wołającą za nim przyjaciółkę.
— Mikołaj no! Ej! — Nie poddawała się Eliza, coraz bardziej przyspieszając krok. Udało jej się uzyskać jego uwagę dopiero, gdy złapała go za ramiona, omal nie przyprawiając o zawał serca.
— Jezus Maria — wyszeptał wystraszony Mikołaj, zsuwając słuchawki na szyję. Lekko się wzdrygnął przez nagły powiew zimnego wiatru, który dotknął jego uszu, a następnie spojrzał na przyjaciółkę pytająco. — Co jest?
— Jezusa nie znam, ale Maria się na mnie obraziła, dzięki, że pytasz — wysapała rozbawiona, łapiąc oddech po gonitwie. — Masz plany na dzisiaj? Nie wyglądasz jakbyś miał.
— Na dzisiaj? — zastanowił się. — Nie wiem, muszę się pouczyć na geo- ej!
— To już masz — wtrąciła się w połowie zdania. — Idziemy gdzieś.
— Gdzie? — zestresował się nagłą zmianą planów, wywołaną przez Elizę. Jeszcze bardziej zestresowała go przechodząca nieopodal para, trzymająca się za ręce. Dotarło do niego, że przecież są walentynki. Ona chyba nie proponowała mu… — Dzisiaj?
— Nie, wczoraj — przewaliła oczami i poszła w stronę przystanku autobusowego. — No dzisiaj, a kiedy?
Mikołaj nic nie odpowiedział. Zdenerwowany obserwował czerwone włosy dziewczyny, gdy ta próbowała rozczytać rozkład autobusów z odległości, na którą pozwalał zebrany przy nim tłum. Miał szczerą nadzieję, że Eliza po prostu nie popatrzyła w kalendarz i proponowała mu zwykłe, najzwyklejsze przyjacielskie wyjście.
Od dwóch lat grali razem w teatrze, a w tym roku poszli do tego samego liceum. Przez ten czas zdążyli się mocno zaprzyjaźnić. Nigdy jednak nie mieli okazji porozmawiać o tym, co do siebie czują. Mikołaj darzył dziewczynę ogromnym zaufaniem, ale traktował ją bardziej jak siostrę. Nie był w stanie myśleć o niej w romantyczny sposób, nawet jeśli w tej chwili próbował. Miał ogromną nadzieję, że Eliza czuje do niego to samo i nic więcej.
Nie skłamię nawet mówiąc, że porównanie relacji z Elizą oraz Feliksem, najlepszym przyjacielem Mikołaja było momentem, w którym chłopak zaczął mocniej kwestionować swoją orientację. Bał się przyznać to sam przed sobą, ale spośród tej dwójki to właśnie Feliks był tym, z którym wolałby wyjść w ten konkretny dzień, w tym konkretnym celu. Żałował nawet, że nie miał w sobie wystarczająco odwagi, żeby go o to zapytać.
— Zajebiście, za 5 minut jedzie — odezwała się w końcu Eliza, odchodząc od rozkładu.
— Gdzie my tak właściwie jedziemy?
— Pamiętasz tę wrotkarnię, o której ostatnio rozmawialiśmy? — spytała z uśmiechem, a Mikołaj przytaknął.
— Co cię tak nagle wzięło? — zaśmiał się, próbując naprowadzić dziewczynę na ścieżkę, która poprowadzi ją do rozwiania wszelkich wątpliwości. — Nie możemy iść w na przykład piątek? Sobotę?
— Nie możemy, bo w piątek będą droższe bilety — wzruszyła ramionami. Mikołaj spojrzał na nią pytająco.
— To znaczy?
— No, głupia sprawa, dzisiaj jest promocja dla par — popatrzyła na bok, widocznie zażenowana. — Połowę taniej! Dyskryminacja singli.
Mikołaj odetchnął z ulgą na widok jej entuzjazmu. Czyli to chyba nie była randka.
— Lila nie chciała iść? — zdziwił się.
— Nie, bo Lila jest leniwa. Poza tym, jak by to wyglądało? — Eliza się skrzywiła. — Siblings or dating? TWINS or dating? Nie dość, że gejowo, to jeszcze kazirodztwo. Społeczeństwo by wybuchło — zażartowała.
— Nie! Jezu, nie! — zaśmiał się Mikołaj. — Po prostu wydaje mi się, że nikt tam nie będzie sprawdzał, czy naprawdę się umawiacie, czy przyjaźnicie. Po prostu chcą ściągnąć klientów. Możesz pójść z kimkolwiek — wzruszył ramionami. — O, jedzie.
— A myślisz, że co ja od ciebie chcę? — spytała zdziwiona i nie czekając na odpowiedź, wsiadła do autobusu. Odszukała dwa wolne miejsca i zajęła to od okna. Po chwili Mikołaj zajął miejsce obok.
— A bo ja wiem — wzruszył ramionami.
— Przecież nie zapytam cię o chodzenie tylko po to, żeby pójść na wrotki — przewaliła oczami. — A potem zerwać.
— Nie? — Mikołaj tym razem naprawdę odetchnął z ulgą. Eliza popatrzyła na niego rozbawiona.
— To ty nie jesteś gejem? — spytała ze śmiechem, ale nie ukrywając zaskoczenia.
Mikołaj spojrzał na nią przerażonym wzrokiem, dokładnie takim, jakby właśnie wyznała, że widziała, jak morduje dziecko w lesie.
— Nie! — odpowiedział niemal natychmiast, a potem zaśmiał się nerwowo. — To znaczy… nie, chyba nie, skąd ten pomysł?
— Nie wiem, spójrz w lustro — wzruszyła ramionami rozbawiona. — Naprawdę nie?
— Może — zaczerwienił się, tym razem nie od zimna. Nie spodziewał się, że jego myśli któregoś dnia wyjdą z jego głowy i zostaną wypowiedziane na głos.
— Wiedziałam! — ucieszyła się. Mikołaj nerwowo rozejrzał się po autobusie. — A co myślisz o Feliksie? Dobrze kombinuję?
— Ciszej! — Mikołaj zarumienił się jeszcze bardziej i schował twarz w dłoniach. — Błagam cię, cicho bądź!
Odpowiedział mu śmiech piętnastolatki, która na szczęście postanowiła nie kontynuować tematu.
— A myślisz, że Feliks myśli to samo? — sam zdziwił się własnym pytaniem i od razu go pożałował. Ponownie zlustrował wzrokiem cały autobus.
— Spokojnie, nie ma go tu — zaśmiała się. — Myślę, że powinieneś sam go spytać.
— Spierdalaj — odparł żartobliwie i odwrócił wzrok speszony. — A co, jak mnie znienawidzi?
— Jakby miał cię za coś znienawidzić, zrobiłby to już dawno. Ile wy się znacie?
— No, długo.
— Zrozumie — uśmiechnęła się zachęcająco. — Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przecież nagle mu nie odjebie. Po prostu zostaniecie przyjaciółmi.
— Obyś miała rację — przewrócił oczami.
Przez następne kilka minut nie odezwali się do siebie ani słowem. Myśli Mikołaja skupione były wokół usłyszanych przed chwilą słów oraz uczucia, jakim darzył Feliksa. Nie potrafił od nich uciec ani na moment, nie ważne, jak usilnie próbował. Eliza również wyglądała, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, ale nadal tego nie zrobiła. Odezwała się dopiero, gdy w końcu wysiedli z autobusu.
— Słuchaj, jest jeszcze jedna sprawa, o której ci nie powiedziałam — zaśmiała się nerwowo.
— To znaczy? — Mikołaj zestresował się na dźwięk tych słów.
— No, znowu głupia sprawa, ale jesteśmy w końcu aktorami, nie? — omijała temat, jak tylko mogła. Mikołaj jedynie przytaknął, nie potrafiąc zdobyć się na żadną sensowną odpowiedź. — No i w sumie to teraz nawet gramy parę… nie myślisz, że dobrze byłoby umieć wczuć się w te role?
— To znaczy? — zapytał w końcu niepewnie, przerażony. — Chcesz się lizać? Nie, dzięki.
— Nie! — zaprzeczyła nerwowo. — Poudawać.
— Mówiłem już, że oni nie będą sprawdzać, czy my naprawdę-
— Wiem! — przerwała mu.
— To o co ci chodzi?
Eliza zaśmiała się zdenerwowana. Wzięła głęboki oddech i odezwała się dopiero po chwili.
— No, pokłóciłam się ostatnio z kuzynem, już nieważne o co — zaczęła szybko wyjaśniać, nie patrząc na coraz bardziej zagubioną minę Mikołaja. — No i powiedziałam mu, że mam chłopaka. On mi nie uwierzył. No i się o to założyliśmy.
— No, i?
— I on tu pracuje — wypaliła w końcu.
Mikołaj, słysząc to, nie tylko poczuł ogromną ulgę, ale i wybuchnął śmiechem. Nie mógł uwierzyć, że Eliza wymyśliła cały ten teatrzyk tylko po to, aby wygrać jakiś zakład.
— Nie mogłaś tak od razu? — spytał rozbawiony.
— Nie, bo byś się wykręcił — wzruszyła ramionami, czerwona ze wstydu. — A tak to już tu jesteś i nie masz wyjścia.
— Nienawidzę cię, wiesz? — zaśmiał się i złapał dziewczynę za rękę, gdy w końcu weszli do budynku.



[1109 słów: Mikołaj otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia +20 PD]

czwartek, 19 lutego 2026

Od Havu — „Ja o zupie ty o dupie” [Walentynki]

„To były wasze ostatnie wspólne walentynki”

Sztuka nowoczesna zawsze była specyficzna. Ciekawa i niebanalna. Niebanalny był też obraz przedstawiający stojącą na balkonie kobietę, u której nóg spała kura z pisklętami. Havu był zachwycony. Kura została odwzorowana z taką dbałością o szczegóły, że gdyby podejść bliżej, to można by było dostrzec zadrapania na jej małym dziobie.
Inne obrazy nie były tak interesujące. Ten miał w sobie coś, czego nie można było wytłumaczyć słowami.
— Przestań się tak gapić na te kury.
Przewrócił oczami. Tak ostentacyjnie, jak tylko się dało. W czym niby przeszkadzał? Tylko stał i podziwiał piękno ptaków.
— A ty przestań się gapić na rozebrane laski — podjął ze złośliwym uśmiechem. — Nie wiedziałem, że tak ci się podobają cycki.
Na drugim obrazie pośród zboża leżała okryta prześwitującą chustą kobieta. Wyglądała na dosyć młodą i ładną, ale według Havu artysta mógł się postarać bardziej.
— Nie rozumiesz sztuki. — Usłyszał w odpowiedzi.
— Na moje jesteś po prostu zbo-czeń-cem.
— Proszę, nie denerwuj mnie — westchnął. — Chciałem pomyśleć.
Havu pewnie by się nie zamknął, gdyby nie to, że przeszkodziła im… jakaś postać. Zielony, żabi stwór stał przed obrazem przedstawiającym Napoleona. Na głowie miał duży cylinder, a na ramionach elegancką marynarkę. Co dziwne, nie miał na sobie żadnych spodni ani butów.
— Zassstanawialiście się kiedyś, sssso to znasssy być bohaterem? — zasyczał.
Podejmowanie rozmowy z tym płazim stworem nie było dobrym pomysłem. Obydwoje wiedzieli to od początku, gdy odwracając od obrazów spojrzenia, napotkali się na żabie nogi i obrzydliwie zielony pysk.
Może na lepsze by im wyszło, gdyby zajęli się swoimi sprawami i udawali, że nie są opętani przez mitologiczne moce.
— Jesteś żabą Napoleonem?
Od tego się zaczęło. Troglodyta nie opuszczał ich na krok. Kiedy przeszli do następnego pomieszczenia, żaba szła za nimi.
Plask, plask, plask.
Odwrócili się. Troglodyta oglądał teraz obraz przedstawiający mężczyznę zanurzonego po kolana w bagnie. Może przypominało mu to żabi domek?
Wyglądało to tak, jakby troglodyta nie chciał ich zostawiać. Z jakiegoś niezrozumiałego dla nich powodu. Havu uważał to za zabawne, ale Judasowi wcale nie było do śmiechu, bo brzydził go obraz chodzącej za nimi żaby. Nie wspominając o irytującym dźwięki, jaki z siebie ten żabol wydawał, gdy chodził. Nie było to zwykle plaskanie. Było to naprawdę głośne uderzanie czegoś miękkiego i mokrego o wyszlifowaną podłogę muzeum. Gorzej, niż gdyby chodzić z kimś, kto założył na nogi płetwy.
— Przeszkadza mi to.
— To tylko żaba. — Wzruszył ramionami Havu. — Pójdzie sobie.
— Od godziny chodzi za nami. Czego chce? Nie możemy tego zabić?
— Boisz się żab?
— Po prostu są obrzydliwe — westchnął. Wyglądał na zdegustowanego samą myślą, że ten żabi stwór mógłby chodzić za nimi przez cały dzień. — Zabijmy to.
— Wyobraź sobie, że to zabijasz, a z niego wyłazi pełno małych żab. Chcesz tego?
Judas zamiast tego wyobraził sobie, jak chwyta za igłę oraz nitkę i zszywa Havu usta. Tak permanentnie.
— Wkurwiasz mnie dzisiaj. Tak wyjątkowo.
— A to jakaś nowość? — Odwrócił się i spojrzał raz jeszcze na troglodytę. Żabi stwór stał teraz przed obrazem z nagimi kobietami. Westchnął. Nawet żaba. — Mam pomysł. Chodź ze mną.
Havu poprowadził Judasa do wyjścia. Zupełnie zignorował fakt, że żaba również za nimi poszła, cały czas plaskając swoimi żabimi nogami o kafelkową podłogę.
Kiedy wyszli z muzeum, Havu obrał nieznany nikomu kierunek, sądząc, że może to zniechęcić troglodytę. Po co miałby chodzić za parką półbogów, którzy chcieli tylko popatrzeć na obrazy sztuki nowoczesnej? Szybko jednak przekonał się, że troglodyta ma inne plany i całą drogę szedł parę kroków za ich dwójką.
— To prawie jak nowe zwierzątko — zauważył Havu. Cała ta sytuacja zdawała się go bawić w przeciwieństwie do skrajnie obrzydzonego Judasa. Parę razy nawet złapał się za sygnet, który nosił na palcu, ale ostatecznie porzucał pomysł zabijania denerwującego żabiego stwora. — Podobno lubisz przybłędy. Nie chcesz nowego pieska?
— Przestań, jeszcze nas usłyszy — syknął.
Judas był święcie przekonany, że ta żaba ich podsłuchuje.
— I co takiego może usłyszeć? Myślisz, że żaby mają taki świetny słuch?
— Tak. Uczyli nas w szkołach. Żaby mają ponadprzeciętny słuch i słyszą więcej niż człowiek. — Odwrócił głowę i zerknął na troglodytę. Żaba szła za nimi, co jakiś czas zatrzymując się, by wciągnąć z ziemi jakiegoś ostałego przez zimę robala. — A to coś… na pewno podsłuchuje. Na Boga, znowu zgrzeszyłem.
Havu uderzył mężczyznę z łokcia. Mógł zrobić to zdecydowanie mocniej, bo Judas nawet się nie zgiął.
— Świetnie, to może opowiesz, który obraz był twoim ulubionym? Czyżby ten z nagą kobietą, leżącą w zbożu? To twoje klimaty? Fetysze? — mówił to, nie przestając się uśmiechać. — Myślisz, że żaby też mają fetysze?
— Nie patrzyłem na nagą kobietę. To wbrew…
— Czemu? Wbrew temu śmiesznemu celibatowi, który zdążyłeś już dziesięć razy złamać?
Judas zacisnął dłonie w pięści. Zachowywanie spokoju wychodziło mu z wyraźnym trudem.
— To przypadek.
— Przypadek, że akurat na walentynki chciałeś wyjść do muzeum sztuki nowoczesnej? Jezusie, Judas jesteś tragiczny w kłamstwa — zaśmiał się.
Żaba również się zaśmiała.
— Panowie ssszy wiessie mossse gdzie sssnajde prawdziwego bohatera? — Troglodyta się uśmiechnął, odsłaniając dziąsła. No tak, żaby nie miały zębów.
 
Unikanie troglodyty okazało się trudniejszym zadaniem, niż z początku się wydawało. Żabi kolega poszedł za nimi wszędzie. Podkreślam, wszędzie, bo Havu nawet nie mógł w spokoju wejść do publicznej toalety bez swojego nowego towarzysza. Skończyło się to tak, że on sikał, a żaba stała w przejściu i czekała aż skończy.
Potem było coraz gorzej, bo troglodyta przestał być cierpliwy. Zrobił się jeszcze bardziej upierdliwy, ciągle prosząc, by wskazali mu prawdziwego bohatera, którego szukał. Havu nawet pytał, czy nie mówi o Napoleonie (tego, któremu tak bacznie przyglądał się w muzeum), ale żaba tylko patrzyła na niego pustym spojrzeniem i powoli mrugała.
Weszli do pierwszej lepszej restauracji, która napatoczyła im się po drodze. Po części dlatego, bo zgłodnieli, ale też z myślą, że może troglodyta odpuści i pójdzie zawracać dupę komuś innemu. Pech chciał, że trafili akurat na czyjąś imprezę urodzinową, a jednym z kelnerów też był… troglodyta.
Dwie żaby w jednym miejscu. Tego jeszcze im brakowało. Ich przyjaciel na dodatek oszalał, gdy dostrzegł swojego pobratymca w fikuśnym fartuszku, niosącego tacę z napojami.
— To onnnn! — syknął i rzucił się biegiem w kierunku żabiego kelnera. Biegł tak, że nie patrzył na to, czy kogoś trąca, czy nie. Jedna kelnerka się o niego potknęła. Havu jakimś cudem złapał lecący talerz z gorącymi ziemniakami.
— Łap go! — krzyknął do Judasa, który z jakiegoś powodu poczuł, że to dobry czas na modlitwę i siedział ze złożonymi rękoma. — Ruszaj dupę! — Zamachnął się i kopnął mężczyznę w tylną część ciała. Dopiero to wybudziło go z chwilowego transu.
— Nie ma tu miejsca! — odkrzyknął poirytowany.
Znaleźli się pośrodku ogromnej imprezy. Wszędzie byli ludzie. Dosłownie wszędzie. Przy każdym możliwym stoliku. W każdym przejściu. Wyglądało to koszmarnie.
Walentynki. Chyba ostatni raz wychodzą wspólnie na walentynki.
Zaczęli się razem przeciskać przez tłum. Przepraszali i udawali, że nie słyszą, kiedy komuś spadła jedna, a potem druga szklanka z musującym szampanem. Musieli się szybko z tym uwinąć, zanim żabol zdąży wyrządzić komuś poważniejszą krzywdę.
— Chodź tu! — Havu przecisnął się przez dwóch wysokich mężczyzn i chwycił żabę za nogę. Troglodyta się przewrócił.
Stwory może i były małe, ale za to siły im nie brakowało. I częściowo sprytu również. Wykręcił się w odpowiedni sposób, by wyślizgnąć się (dosłownie, bo zostawił na dłoni Havu obrzydliwą maź) z uścisku.
Żaba biegła dalej, przeskakując przez krzesła i ludzkie głowy. Miał naprawdę dobre wybicie. Żabi kelner, którego obrał sobie za cel, nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Dalej roznosił gościom napoje.
Judas wpadł właśnie na jakąś kobietę i przypadkiem ochlapał ją czerwonym winem. Pech chciał, że miała na sobie białą koszulkę. Chwilę stał skołowany przed nią i próbował przeprosić.
— Chodź tu, kurwa, celibacie. — Został odciągnięty agresywnym szarpnięciem. — Przepraszam, paniusiu, to sprawa życia i śmierci! — krzyknął do kobiety, a ta odpowiedziała wyzwiskiem, w którym nazwała go rudą, bezczelną małpą.
Wyminęli obciskającą się parę, na której widok Havu wyjątkowo zmarszczył się na twarzy z obrzydzenia, a później wpadli na zaplecze, kierując się prosto do gorącej kuchni. Żaba musiała akurat tam pobiec, bo jego żabi kolega wrócił po kolejne danie do zaniesienia.
— Halo! Tutaj nie można! — krzyknął kucharz, którego zignorowali. — Proszę wyjść! Rozumiecie, proszę…
Żaba wybiła się w powietrze. Wskoczyła na zawieszoną pod sufitem lampę, która pod jej ciężarem urwała się i spadła kucharzowi na głowę. Troglodyta wylądował bezpiecznie na ziemi. Kucharz nieszczególnie bezpiecznie.
— Ej, co jest?! — Inny kucharz wybiegł na nich z metalową chochlą. Najpierw zamachnął się na Judasa, a później próbował trafić w Havu. — Dzwonię na policję! — wrzeszczał.
Havu zaklął pod nosem. Jeśli za chwilę nie złapią tej denerwującej żaby, to trafią na dołek za powalenie lampą kucharza, chociaż to nie oni na nią wskoczyli.
— Jebana żaba. Wracaj tu! — krzyczał, ale troglodyta miał ich głęboko w dupie. O dziwo cylinder wciąż trzymał się na jego żabiej łepetynie.
Chcieli pobiec dalej, ale śliska podłoga okazała się zdradziecka — Havu stracił równowagę i w pierwszym odruchu złapał rękaw płaszcza Judasa. Mężczyzna stracił grunt pod nogami, ale próbował jeszcze chwilę się ratować. We dwójkę byli jednak trochę zbyt ciężscy, by wyjść z tego zwycięsko i wpadli na blat, na którym stała gorąca zupa.
Wystarczył jeden ruch, jedna ręka, która przypadkiem pociągnęła za sobą gar, by cały ciepły bulion z makaronem wylądował na ich ubraniach, głowach oraz podłodze.
Judas leżał na brudnej, kuchennej ziemi, a Havu na nim. Był to zdecydowanie najgorszy upadek, jakiego w życiu doświadczył. Nawet w obozie nie zdarzyło mu się wylać na ziemie gorący gar zupy.
— Nie patrz się tak na mnie — powiedział z przekąsem, czując na sobie świdrujący wzrok Judasa. — Pierwszy raz oblałeś się zupą?
Spróbował się podnieść, ale poczuł coś ciężkiego na swoich plecach. To był on — troglodyta. Usiadł sobie na plecach rudowłosego i z zadowoleniem przyglądał się bałaganowi, który wyrządził.
— Chyba musimy zostać w tej zupie. — Teraz to Judas skorzystał z niekomfortowej sytuacji, w jakiej się znaleźli, by podenerwować Havu.
Havu zacisnął zęby. Makron spadł mu z włosów prosto na twarz Judasa.
— Lubisz makaron nitki? — Uśmiechnął się, próbując powstrzymać śmiech. Makaron zepsuł całą atmosferę.
— Może lubię.
Wziął ten makaron i włożył sobie do ust. Przegryzł kilka razy i przełknął.
O ja pierdolę.
Przerwał im ryk policyjnej syreny. Żaba też już dawno zdążyła zejść Havu z pleców.
Poderwali się na równie nogi, prawie znowu przewracając. Musieli siebie nawzajem powstrzymywać, bo cała podłoga była teraz w zupie. Makaron kleił im się do podeszwy butów.
Kucharz z chochlą zdążył zniknąć. Pewnie wezwał z innymi policję, która zaraz zastanie ich w doprawdy żałosnym stanie, chyba że zdążą stąd wyjść.
— Wyjście ewakuacyjne! Szybko.
Chwycił Judasa za mokrą dłoń i wyciągnął z dusznej, śmierdzącej gorącą zupą, kuchni. Na ich szczęście (a raczej nieszczęście) drzwi ewakuacyjne pozostały otwarte. Dobrze, że restauracja działała zgodnie z zasadami, bo gdyby zamykali takie wyjścia na klucz, to mogliby jeszcze ich za to zgłosić.
Samo wyjście na zewnątrz też nie oznaczało wygranej — musieli się przecież jeszcze schować. Jeden z policjantów kręcił się przy budynku, próbując znaleźć dwóch dorosłych facetów, którzy zepsuli czyjeś walentynkowe przyjęcie.
— Nie odzywaj się — syknął Havu.
Jakimś sposobem udało mu się ich obydwu schować w cieniu. Nie było to łatwe zadanie, bo zazwyczaj prościej było schować się samemu, a nie z chłopem mierzącym metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, który na dodatek lepił się cały od zupy, a z jego włosów spadały nitki rozgotowanego makaronu.
Zbyt długo to wszystko trwało. Nie mogli się ruszyć, bo istniała szansa, że Havu nie da rady utrzymać Judasa w cieniu. Wolał zostać przyparty do muru; a przez to, że stał tak z nim w bez ruchu, może odnowił tę zupową atmosferę, w której chwilę temu się znaleźli.
— Hej, łapy przy sobie — warknął, czując, że go obejmuje od tyłu. Pachniał jak tani bulion drobiowy. — Mamusia cię nie nauczyła?
— Jestem samoukiem — szepnął mu do ucha.
Skurwysyn. Nawet w tej sytuacji.
Mógłby go odepchnąć, gdyby nie to, że wtedy zniszczyłby tę całą badziewną przykrywkę. Pozwolił mu się dotknąć, bo nie miał innego wyboru. I najgorsze, że nawet mu się to spodobało.
— Hej, Judas. — Odwrócił się do niego. Drzwi wyjścia ewakuacyjnego się uchyliły. Jeden policjant wyszedł na zewnątrz. — Lubisz, jak ktoś patrzy?
Nie pozwolił mu odpowiedzieć. Upewnił się jeszcze, że formacja cienia dalej się utrzymuje i bez słowa pociągnął mężczyznę za oblepiony tłustą zupą kołnierz. Przez sekundę patrzył mu prowokująco w oczy, zanim finalnie go pocałował.
Dłoń mężczyzny owinęła się wokół jego karku, druga zaś objęła go w talii, zamykając w szczelnym uścisku, z którego już się nie dało wydostać.
Drzwi trzasnęły z hukiem. Policjant wrócił do środka restauracji.
— Jedenasty raz. — Odsunął się, odsłaniając ich przed światem żywych. Policja już raczej tutaj nie wróci.
— Co?
— Jedenasty raz złamałeś swój głupi celibat.
Judas westchnął. Teraz to było jego ostatnie zmartwienie.
— Nie chcesz złamać go po raz dwunasty? — rzucił całkowicie pewny siebie.
— Ugh, nie. Wystarczy mi. — Odepchnął mężczyznę od siebie. — Jesteś okropny w podrywach. Jak ty mogłeś kiedykolwiek kogoś wyrwać?
Ich dyskusja mogłaby rozwinąć się jeszcze bardziej, ale Havu po prostu wyszedł na ulicę w mokrych ciuchach i z ukrywaną złością próbował wyczarować na telefonie najszybszą trasę powrotną do domu.
Przez myśl mu przeszło, że to już na pewno będą ich ostatnie walentynki. Wiedział jednak, że gdyby otrzymał znowu zaproszenie, to by je przyjął nawet kosztem użerania się z denerwującym troglodytą.
 
— Jesteś z siebie dumny? — zapytał, żaby, która usiadła naprzeciwko nich w metrze. Nikt inny nie chciał obok ich dwójki siedzieć. Przepotwornie śmierdzieli zdechłą kurą.
— Dziękuję wam. Znalasssłem go.
Troglodyta wysiadł na najbliższej stacji. Mieli nadzieję, że już więcej go nie spotkają.

[2182 słowa: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Przez twarz Vergila przemknęło wiele emocji naraz. W pierwszej chwili prychnął suchym śmiechem kompletnie bez wesołości, bo to była zawsze najrozsądniejsza odpowiedź wobec jego obecnego rozmówcy. Rozjuszyło to Izana jeszcze bardziej, więc Vergil zmarszczył gniewnie brwi i omiótł mężczyznę oceniającym spojrzeniem.
— Ty chyba nie mówisz poważnie — warknął.
— JA ZAWSZE JESTEM POWAŻNY! — Izan zaryczał na niego z takim impetem, że Vergil poczuł na swoim policzku kropelki śliny. — W przeciwieństwie do ciebie! Ty nigdy nie jesteś poważny!
Od ich obu buzowała złość. To częściowo był dar nadany im przez ich ojca; jak bardzo Vergil nie chciał o tym zapomnieć, Izan był nadal jego bratem. Ich gniew podsycał się wzajemnie i promieniował do otoczenia. Vergil ugryzł się w język z ripostą tylko dlatego, że usłyszał, jak tłum Forum Romanum za jego plecami zaczął między sobą szeptać i czuł na sobie oceniające spojrzenia ludzi wpatrujące się w jego fioletową pelerynę.
Speszył się. Nagle miał ochotę zerwać z siebie ten idiotyczny pretorski ciuszek, upchnąć go jak najgłębiej w kieszeni i krzyknąć do wszystkich zgromadzonych: „hej, to tylko ja, Vergil Halston, patrzcie, jestem taki sam jak wy!”. Izan zauważył jego wahanie i wyszczerzył cały arsenał krzywych zębów.
— Co jest, pretorze? Czyżbyś–…
— Tam jest — powiedział Vergil nagle, wskazując palcem na punkt za plecami Izana.
Izan odwrócił się gwałtownie, strzelając wzrokiem po ludziach.
— CO? Jest?! Gdzie jest?! JA GO ZNALAZŁEM PIERWSZY. — I zaczął przepychać się przez tłum ludzi, żeby dostać się do serca targowiska.
Vergil doskonale wiedział, że nikogo tam nie zobaczył, ale i tak zaczął przeciskać się razem za nim.
Na Forum Romanum zasady nie obowiązywały. Wszyscy, którzy wpadali na Vergila, żeby stanąć w kolejce do stoisk, mruczeli pod nosem „patrz, jak leziesz”. Niektórzy odwracali wzrok, zauważali insygnia pretora i ograniczali się do krótkiego „przepraszam”. Pomiędzy ludźmi przechodził pryszczaty nastolatek, ciągnąc przed sobą skrzypiący wózek z lodami i przekrzykując tłum zawołaniem: „Nawet Neptun wyszedł z wody, by spróbować nasze lody!” (nawet mimo tego, że była jesień, a wszyscy na targowisku chodzili w cieplejszych bluzach albo letnich kurtkach). Vergil przeszedł obok jednego z handlarzy i usłyszał za sobą kuszącą „-50% na jabłka, tylko dla pretora”, co wzbudziło niezadowolenie u osób czekających w kolejce po owoce.
Znalazł Izana przesłuchującego młodego mężczyznę sprzedającego eliksiry. Za prowizoryczną, drewnianą ladą, znajdował się kocioł pełen bulgoczącej mazi. Kocioł ten był z całą pewnością niezgodny z zasadami półboskiego sanepidu i na widok zbliżającej się pretorskiej peleryny mężczyzna zasłonił naczynie nogą, ale Vergil udawał, że tego nie widzi.
— No, mów! Widziałeś tutaj tego fioletowego dzieciaka?! — dyszał nad nim Izan. Kolorowe probówki prawie spadły z wystawy pod wpływem jego barytonu.
— Panie, ja tu tylko eliksiry sprzedaję! — odpowiedział mu chłopak, intensywnie gestykulując. — Tutaj jest pełno tych duchów. Jestem dzieckiem Trivii, myślisz, że to jedyne duchy, które tutaj widzę?
— Żaden lar nic nie mówił, że ktoś zaginął? — zapytał Vergil. Założył ramiona na piersi, ale pomyślał, że w ten sposób pewnie wygląda groźniej, więc szybko opuścił dłonie wzdłuż ciała.
— To są duchy. One cały czas giną. — Sprzedawca zmarszczył nos. — Ewentualnie drą się na nas, że wszystko robimy nie po rzymsku, na Forum Romanum śmierdzi Grekiem i w ogóle za ich czasów to były czasy, a teraz to nie ma czasów. I–…
— Tam jest, pieprzony skurczybyk! — krzyknął Izan, nie dając sprzedawcy dokończyć myśli. Nie dał mu też w świętym spokoju sprzedawać eliksirów, bo zerwał się tak gwałtownie, że trącił jeden z magicznych flakonów, który przewrócił kolejny, aż wszystkie nie poroztrzaskiwały się jak szklane domino.
— Ty cholerny…!
Któryś eliksir zabulgotał. Któryś wypalił dziurę w posadzce na oczach Vergila. Jakaś mrówka oblana fioletową mazią urosła do rozmiarów torebkowego pieska.
— Dorwę go — syknął Vergil, nie wiadomo czy bardziej do siebie, czy do sprzedawcy. Na palcach przeszedł między kawałkami szkła i popędził za Izanem. — Proszę napisać wniosek o reparacje pobitewne! Dopiszę to do kosztów!

Izana dogonił całkiem szybko, bo ciężko było go nie zauważyć. Rozdzielił przed sobą wszystkich ludzi i zwyzywał każdego napotkanego po drodze, mówiąc coś o tym, że jest na finiszu nieudanego śledztwa pretora. Nie był też wcale zadowolony, kiedy Vergil znowu do niego dołączył.
— Jeszcze tu jesteś? Nie popłakałeś się nad rozlanym eliksirem? — prychnął Izan, lustrując wzrokiem otoczenie jak pies obronny.
Vergil wbił sobie paznokcie w dłonie, żeby mu nie przywalić.
— Czy ty jesteś pojebany? Zniszczyłeś temu gościowi stoisko — obwinił go.
— I co z tego? Zrobi sobie nowe eliksiry, bogowie. Mógł ich lepiej pilnować. — Izan machnął ręką tak mocno, że prawie wybił Vergilowi zęby. — Ty zawsze się przejmujesz takimi bzdetami. Idź lepiej nawpierdalać się fasolek wszystkich smaków. Im jesteś bardziej potrzebny.
— Jak mam robić cokolwiek, skoro muszę cię pilnować, żebyś nie odwalił czegoś głupiego?! Ty nawet nie wiesz, gdzie idziesz! Łazisz za każdym larem, którego spotkasz! Zauważyłeś w ogóle, że wracamy się do Koloseum?!
— Bo tam ostatni raz był ten sral, geniuszu.
— To po co w ogóle poszliśmy szukać go na Forum Romanum?
— Bo mi kazałeś!
— Ja… JA CI KAZAŁEM?!
— Szukacie kogoś? — padło pytanie za ich plecami.
Oboje odwrócili się tak gwałtownie, że — wstyd przyznać — Vergil musiał się złapać ramienia Izana, żeby nie zaryć twarzą o ziemię. Izan nawet nie zwrócił na to większej uwagi, bo wyglądał, jakby zobaczył… no, ducha. Lara, dokładniej. Fioletowy, lewitujący starzec, którego broda sięgała prawie kolan.
— To ty! Ty jesteś Lucjan Gnojusz Kabulon?! — Z ust Izana brzmiało to bardziej jak obelga niż pytanie.
Lar pogroził Izanowi swoją prowizoryczną laską (starożytną gałęzią, najwyraźniej musiała umrzeć razem z nim), która przeniknęła go na wylot.
— Uważaj, do kogo mówisz, stultus! Jeszcze tak przed pretorem… — rozjuszył się. — Jam jest Publiusz Porcius i zadałem ci pytanie, młodzieńcze.
Podczas gdy Izan dyszał i sapał na tak wyraźną zniewagę, Vergil sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął w stronę ducha podarowane mu wcześniej przez dziecko ogłoszenie. Wątpił, że lar potrafił odczytać współczesny angielski (zwłaszcza taki napisany dziecięcym, dyslektycznym pismem). Publiusz Porcius przez chwilę analizował okazaną mu kartkę, żeby w końcu pokiwać ze zrozumieniem głową.
— Ach, tak, Lucjusz. Znam tego młodzieńca. Te najmłodsze lary zawsze bawią się w chowanego w podziemiach Koloseum, a potem się gubią. Może to nawet i lepiej, żaden smarkacz wtedy nie drze mi się nad uchem, kiedy próbuję spać. Za moich czasów, to wszystkie te dzieci były zdyscyplinowane. Pretorze, ostatnio jakiś niedorostek z Piątej Kohorty powiedział mi, że nie mam skibidi ryżu, czy jakoś tak. Mnie! Chodziłem po tych ziemiach, kiedy pierwsi handlarze przewozili ryż! Za moich czasów pretor już dawno zakopałby takiego leno żywcem pod ziemią, ale dobrze, teraz praktykuje się ten… pacyfizm…
Vergil wyłączył się gdzieś w połowie. Izan skupił się na tym, żeby przekonywać Publiusza do propagandy przeciwko pretorowi, ale myśli Vergila były już w Koloseum — czyli to tam od początku mieli trafić. Nie cierpiał schodzić pod ziemię, jeśli nie musiał. Nie uśmiechało się do niego też szukanie przenikającego przez ściany ducha w pomieszczeniach pełnych pułapek.


sto lat sto lat
────
[1108 słów: Vergil otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 18 lutego 2026

Od Kai — „After Midnight” [Walentynki]

„W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?”


Pisała i usuwała wiadomość już któryś raz. Nie pasował jej dobór słownictwa. Nie pasowała jej długość tej wiadomości. Nie pasował jej sam wydźwięk.
Miała wrażenie, że najpierw brzmi zbyt poważnie, a innym razem zbyt niepoważnie. Nie wiedziała, w jaki sposób wstrzelić się w ten mistyczny złoty środek. Może nie powinna tak nad tym myśleć? Z drugiej jednak strony, co jeśli Oriana źle zrozumie jej intencje?
Ostatecznie napisała coś, co brzmiało jak śmieszne zaproszenie na bal w przedszkolu; ale nie był to bal w przedszkolu, tylko jedna z imprez organizowanych przez jej ulubiony bar. Miało być cukierkowo, przyjemnie i bajkowo.
Na odpowiedź czekała długo. Zdążyła się przyzwyczaić. Oriana nie miała w zwyczaju szybkiego odpisywania na żadne wiadomości, a o rozmowach telefonicznych można było sobie pomarzyć.
 
— Pracuję jutro. Nie wiem, czy to dobry pomysł.
Stanęły koło wejścia do cukierkowego baru, którego nazwa brzmiała CANDY. Właściciele nie byli zbyt kreatywni, ale przynajmniej od początku ludzie wiedzieli, czego mogą się spodziewać.
— A jednak już wyszłaś — zauważyła Kaya. — Już nie ma odwrotu.
— Sama nie wiem, dlaczego się zgodziłam.
Grymas jednak nie wstąpił na twarz Oriany, jak to zazwyczaj miało miejsce, kiedy nie była zadowolona. Patrzyła na mieniący się na różowo szyld.
— Mają dzisiaj zniżki.
— Tak, walentynkowe. — Przewróciła oczami.
O walentynkach chyba obydwie zapomniały.
— Wiem, jak możemy się na nie załapać.
Głupi uśmiech nie schodził Kai z twarzy. Musiała, podkreślam, musiała namówić do tego Orianę. Chciała się dzisiaj dobrze bawić i przy okazji oszczędzić trochę pieniędzy; a to wszystko byłoby możliwe, gdyby Oriana wcieliła się z nią w rolę aktorki i odegrały razem cudowną parę zakochanych.
Nie powiedziała wprost o co chodzi, ale Oriana nie była głupia. Dosyć szybko w jej głowie zaświeciła się lampka ostrzegawcza, która wręcz nakazywała, by wycofała się już teraz. Pociągnięta jednak żywą energią Kai weszła z dziewczyną do środka, do lukrowanego pomieszczenia, przyozdobionego masą serduszek, sztuczną watą cukrową oraz mieniącymi się na różowo światełkami. Wszystko było tak urocze, że z tego uroku można było dostać światłoczułej epilepsji.
Zanim Oriana była w stanie doczytać całe menu z drinkami do końca Kaya przejęła inicjatywę i pierwsza zagadała do barmanki.
— Czy promocja dla par obejmuje też te drinki? — zapytała, wskazując palcem na napój, który nazywał się YOUR SWEETEST UNICORN.
— Tak, kochanie — odpowiedziała barmanka z uśmiechem. — Rozumiem, że wasza dwójka jest razem?
Oriana otwierała już usta, a ich kształt układał się w soczyste „nie“, ale Kaya okazała się szybsza.
— Tak, tak — potwierdziła. Oriana przeklęła pod nosem. — Poproszę w takim razie tego oraz… może tego waszego najnowszego?
— Och, masz na myśli SPARKLING JOY?
— I jeśli można dodać do niego dodatkowy brokat, to byłoby super!
Barmanka przyjęła zamówienie, wzięła od Kai niecałe dziesięć dolarów i zabrała się do roboty.
— Hej, nie zgadzałam się na coś… takiego — mruknęła Oriana, kiedy Kaya w końcu (po tych pięciu minutach składania zamówienia) się do niej odwróciła. — Mogłaś mnie zapytać o zdanie. Wolałabym zapłacić pełną kwotę, niż bawić się w jakieś udawanie pary.
Kaya zdecydowanie nie chciała płacić pełnej kwoty. Chciała skorzystać z promocji i się dobrze przy tym bawić. Kto sprawdzi, czy rzeczywiście są parą? Nie mogą tego zrobić, więc zamierza z tego korzystać. W przeciwieństwie do Oriany ona nie czuła żadnego wstydu, gdy dla dziesięciu dolarów nazywała swoją znajomą z pracy ukochaną dziewczyną.
Barmanka postawiła na ladzie dwa kolorowe i mieniące się w różowych światłach drinki. Obydwa wyglądały na cholernie słodkie. Na sam ich widok zaswędziały Orianę zęby.
— Chodź tam! — Kaya skinęła głową w stronę stolika przy oknie. — Będziemy miały widok na ulicę.
Oriana wolała pójść gdzieś do kąta z dala od ludzi, ale nie wyraziła sprzeciwu. Nawet nie zdążyłaby nic powiedzieć, bo Kaya już postawiła ich napoje na stoliku i siadała na różowym krześle.
Bez słowa dosiadła się do stolika i spojrzała niechętnie na drinki.
— Który jest mój?
— Czekaj… ten twój to był — zamyśliła się — sparkling joy. I miał mieć dodatkowy brokat.
— Dlaczego dodałaś do mojego drinka dodatkowy brokat?
— Jest ładniejszy.
Rzeczywiście był ładny. Małe drobinki mieniły się cieczy, rozpraszając kolorowe światła. Wyglądały jak kryształki, które ludzie dodawali do pamiątkowych kul śnieżnych.
Po godzinie Kaya miała już na stole dwie kolejne szklanki. Oriana nie chciała następnego drinka, a białowłosa to zaakceptowała. Nie chciała się w końcu narzucać — i tak ledwo co wyciągnęła Orianę z domu.
— Kocham te promocje. — Z uśmiechem postawiła na stoliku następnego drinka. Tym razem nie wyglądał już na tak przesłodzonego, ozdobionego górą bitej śmietany i oprószonego jadalnym brokatem. Był inny niż te, które zazwyczaj zamawiała i to chyba zaciekawiło Orianę.
— To jakaś ich specjalność, czy co?
— To jedyny w swoim rodzaju… drink dla par! — Włożyła do drinka dwie rurki. — Spróbuj ze mną.
— Nie.
— Prooooszę! Mieliśmy udawać parę!
— To był twój pomysł — ucięła. — Nie mam ochoty się w to dłużej bawić.
Kaya wyraźnie posmutniała. Siorbnęła sama trochę delikatnie kwaśnego napoju.
— Jesteś denerwująca — burknęła nagle Oriana i nachyliła się nad stolikiem. Złapała w dwa palce rurkę i skosztowała napoju, który wyjątkowo jej nie zasmakował. Był najgorszy z nich wszystkich. Doprawdy obrzydliwy. Tak gorzki, ale zarazem tak kwaśny, że wykręcał dziurę w mózgu.
Odsunęła od siebie szklankę z kwaśną miną. Kaya z uśmiechem przyjęła pozostałą resztkę dla siebie. Wszystko wypiła odrobinę za szybko, ale alkohol zaczynał uderzać jej do głowy; zaczęła się zbyt rozkręcać, trochę zbyt dobrze bawić i nie potrafiła już przestać. Od tego momentu wszystko zależało od tego, czy jej koleżanka zapanuje nad sytuacją, która lada moment może wyrwać się spod kontroli.
Białowłosa zsunęła się z krzesła i ruszyła w kierunku baru, by zamówić sobie coś jeszcze. Nie chciała przestać siedzieć o suchym gardle. W tle grała typowo popowa muzyka, do której całą drogę się kiwała. Z uśmiechem oparła się o kontuar i poprosiła tę samą barmankę o kolejny trunek.
— Twoja dziewczyna się nie martwi? — zagaiła. Wsypywała właśnie do szklanki lód. — Który raz ty tutaj przychodzisz?
— Wszystko jest okeeej — przeciągnęła. — Robisz po prostu pyszne drinki.
Barmanka postawiła gotowy napój przed białowłosą. Kaya ścisnęła chłodną szklankę i przyciągnęła ją do siebie z utęsknieniem. Uśmiech przez cały czas nie schodził jej z twarzy. Czuła się zbyt szczęśliwie i nie chciała tego kończyć.
Wróciła do Oriany prawie w podskokach (zapewne by skakała, ale wolała nie wylać na siebie słodkiej cieczy, która pewnie posklejałaby jej palce u rąk). Usiadła naprzeciwko i zaprezentowała dziewczynie, co tym razem postanowiła zamówić. Oriana włożyła dużo wysiłku w to, by cokolwiek zrozumieć — Kaya zaczęła mówić strasznie niewyraźnie, połykając co drugą sylabę w słowie — ale koniec końców dotrwała do końca.
— Nie powinnaś przystopować? To już chyba piąty drink.
— Nie nooooo, takie promocjeeee.
— Nie będziesz tutaj chlać w nieskończoność.
Kaya się zamyśliła.
— Okej, w takim razie zatańcz ze mną. Obok jest sala z parkietem.
Oriana wyraźnie się spięła. Jej barki się zwężyły. Przybrała pozycję obronną, której Kaya teraz nawet nie zauważyła. Nie w stanie, w jakim była.
— Niezbyt lubię tańczyć. Ogólnie nie lubię takich imprez.
— Nie bądź nudziarą — naciskała dalej. — Tylko na chwilkę.
 
Oriana stała pośród tłumu, a wokół niej skakała Kaya. Białe włosy co chwilę trącały jej twarz, plątały się z jej własnymi złotymi kosmykami. Czuła się przytłoczona całym tym tłumem, ale z jakiegoś powodu dalej tutaj była.
Kaya złapała Orianę niespodziewanie za dłonie. Pociągnęła do siebie w rytm muzyki. Miała naprawdę ciepłe ręce. Długie palce i rozbiegane spojrzenie, z którym ciężko było się teraz spotkać; a czuła, że naprawdę wolałaby w tej sytuacji patrzeć dziewczynie w oczy.
Ludzie skakali, wrzeszczeli i śpiewali. Kaya wydzierała się ile sił miała w płucach do jakiejś dennej popowej muzyki, którą Oriana oceniałby najwyżej na cztery na dziesięć.
Przez cały ten szaleńczy taniec to córka Apolla prowadziła Orianę. Nie pozwalała jej, chociaż na moment zaczerpnąć powietrza, zatrzymać się i odpocząć. Pociągała ją do siebie, a ich ciała się o siebie obijały. Pierwszy raz w ciągu tego wieczora poczuła, że się jej tutaj podoba.
Kaya się uśmiechnęła. Złapała z Orianą spojrzenia. Pomyślała, że w tych szaleńczo różowych światła, które padały na ich twarze, dziewczyna ma naprawdę ładne oczy. Czasem im się przyglądała, gdy były razem na zmianie. Nie rozumiała, jak można mieć tak dogłębnie szare oczy.
— Chcesz przyjść do mnie?! — krzyknęła do Oriany. Przez ten tłum miała się wydzierać, żeby stojąca całkiem blisko dziewczyna miała w ogóle szansę ją usłyszeć. — Mam kota.
— Nie wiem, czy…
— Chodź. Jest tu trochę za głośno.
Puściła Orianę i poprawiła włosy, wciskając jeden z kosmyków za ucho. Próbowała złapać oddech po tym szaleńczym tańcu, w którym obie gubiły krok, następowały sobie na buty i popychały w nie te strony, co trzeba.
— Dasz radę? — zapytała tylko, widząc, że Kaya odrobinę się chwieje. — Jak się zrzygasz to cię tutaj zostawię. Przysięgam.
— Nie jestem taka słaba — zaśmiała się. — Za kogo ty mnie masz?
— Tak? To prowadź.
Oriana posłała Kai prowokujący uśmiech. Dziewczyna przyjęła to wyzwanie i wyprowadziła je z tłumu spoconych, pijanych ludzi. Dopiero po wyjściu poczuła, jak zimno dzisiaj jest i że wybrała naprawdę żałosne ubrania na tę pogodę. Chłód zmroził jej nogi, futro, które miała narzucone na barki, wcale nie powstrzymywało mroźnego wiatru.
 
Oriana pomogła Kai wejść do taksówki i nawet za nią podała adres, pod który miały się udać. Przed drzwiami jednak to białowłosa siłowała się z zamkiem i drżącą dłonią, która nie pozwalała jej trafić kluczem w otwór. Uparcie twierdziła, że sobie świetnie sama poradzi.
— Pumpernikiel! — Podniosła kota z ziemi, zanim w ogóle weszły obydwie do środka.
— Co za głupie imię.
— Ja je wymyślałam — obruszyła się.
— Nieważne już. — Machnęła ręką. — Wiesz… podobało mi się nawet dzisiaj.
Kaya posłała jej uśmiech człowieka, który jednak zaraz się zrzyga.
— Ha, widzisz, a nie mówiłam? — Odstawiła kota na ziemię. — A teraz… teraz wybacz.
Pognała do łazienki, w której się zamknęła. Bynajmniej nie zrobiła tego w barze i dotrwała do domu.

[1580 słów: Kaya otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Raine CD Ishy — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

– Posłuchaj – Raine nachyla się nad stołem, żeby spróbować wyciągnąć z rękawa ostatniego posiadanego asa – wyobraź sobie panią w kuchni, która robiąc tę zupę zarabia na całą swoją rodzinę i nie ma czasu zrobić obiadu dla swoich dzieci i wnucząt i ma naprawdę, naprawdę ogromną nadzieję, że chociaż osoby, które zamówią tę właśnie zupę zjedzą ją ze smakiem i zauważy na ich twarzach takie zadowolenie, jak wyobraża sobie miny swoich dzieci i wnucząt…
– Nie jestem empatką – Isha odmawia jakiejkolwiek współpracy, ale on nie ma zamiaru poddać się tak łatwo (jakby miał zamiar, to by zawołał kelnera i zaproponował kobiecie zamówienie sobie czegoś innego, ale w końcu umówili się na grzybową, na bogów!).
– Ty tego nawet nie spróbowałaś! – Z tonu miękkiego i błagalnego przenosi się na imitację zdenerwowania, która nie wychodzi mu szczególnie dobrze (głównie przez cisnący się na twarz uśmiech dumy z jego wspaniale obmyślonego planu).
– Spróbowałam wzrokiem i mi nie smakowało – prycha, co niestety nie kwalifikuje się jako odpowiedź oczekiwana przez entuzjastę grzybów.
– Aha! – stwierdza dobitnie, jakby właśnie udowodnił, że lewa strona równania jest dokładnie taka sama, jak prawa. – Tak się tego nie robi.
– Ty mnie chcesz pouczać? – Isha wyraźnie nie dowierza absurdowi sytuacji, która już dawno wyszła z szablonu „mięsko zjedz, a ziemniaczki zostaw”.
– Może troszkę. – Wygrzebuje z plecaka eyeliner w pisaku i chwyta garść serwetek, na których zaczyna rysować coś przypominającego czarne narty biegowe. – Okej, to jest taki grzyb, tutaj, tak wygląda – unosi swoje dzieło tak, żeby Isha mogła je zobaczyć – i ogólnie to jest lejkowiec dęty. W sumie to… istnieją brzydsze grzyby, ale tłumaczę na tym, bo on dosłownie jest taki szaro-czarny, jakbym miał kredki… W każdym razie, powiedziałabyś, że jest jadalny?
Wpatrując się w szare kreski można co najwyżej stwierdzić, że są czarnymi kreskami i stała za nimi jakaś inwencja twórcza, ale zgubiła się po drodze i nigdy nie wróciła na wymiętą serwetkę. Miejscami eyeliner wypluł z siebie za dużo tuszu, w innych było go trochę za mało, a coś, co chyba miało być cieniowaniem przypomina coś na pograniczu szarej trawy i chaotycznego tła. Patrząc na rysunek, najpierw trzeba domyślić się, co tak właściwie przedstawia i gdzie są te grzyby, zanim dojrzy się coś, co w żadnym uniwersum nawet nie przypomina dziecięcego bazgroła prawdziwka, ale okej, jest czymś.
– Ni chuja – odpowiada Isha zgodnie z tym, co odpowiedziałoby 90% ankietowanym, gdyby zaprezentować im te bazgroły.
– Właśnie! A jest. Jest jadalny. No i nie wiedzielibyśmy tego, jakbyśmy go nie spróbowa-
– Już prędzej zjadłabym go niż tę zupę. – Jest to zdecydowanie odważne stwierdzenie, a także takie, którego grzybiarz nie spodziewałby się usłyszeć w tym życiu.
Po tych słowach następuje chwila ciszy, którą Raine spędza na przeżywaniu wszystkich dostępnych stadiów żałoby. Nawet otwiera usta, żeby jakoś odpowiedzieć, ale słowa w jego głowie nie chcą się złożyć w nic, co by szczególnie zachęciło kogokolwiek do zjedzenia czegoś, na co ewidentnie nie chce nawet patrzeć. Waha się między poddaniem się apropozycją zaprowadzenia Ishy do swojego (należącego do Aster) mieszkania i ugotowania tam dla niej grzybowej z prawdziwego zdarzenia, aż wreszcie chwyta się jak tonący brzytwy jednej, każdemu dobrze znanej frazy (nie wiedząc jeszcze o tym, jakie te słowa mogą mieć dla niego konsekwencje).
– Ty po prostu nie masz psychy tego zjeść – rzuca i ostentacyjnie wkłada łyżkę pełną bladych kawałków pieczarek do ust. Nie jest to najlepsze, co kiedykolwiek jadł, ale z pewnością jest zjadliwe. Jadalne, można powiedzieć.
– Czemu ci tak zależy? – mamrocze Isha, ale i tak chwyta łyżkę, co Raine odnotowuje jako swój sukces. W odpowiedzi na pytanie radośnie wzrusza ramionami. – Kurwa, przysięgam, że potrafiłabym zjeść to szybciej niż ty.
– Mhmmmmmmm – mruczy z ustami pełnymi grzybowej. – Lubię ludzi pewnych siebie – dodaje z uśmiechem człowieka, który już wie, że wygrał. – Ludzi gotowych na podjęcie się wyzwań, ludzi, wiesz, takich, którzy… Jezus Maria czy to był odruch wymiotny.
– Nie musiałeś komentować.
– Tak. Znaczy, nie. To znaczy, skomentowałem już i tak, więc nie ma to większego znaczenia – paple Raine i wygląda jak te wszystkie postacie w anime, które pocą się i wymachują rękoma w oczywistej parodii zażenowania połączonej z próbą ukrycia popełnionego błędu. – Ale, jak tak teraz myślę, to wcale nie musisz tego jeść, ja tak tylko żartowa-
– Nie, kurwa, teraz to zobaczysz.
– Ja ci mogę zrobić lepszą grzybową, przysięgam, taką z prawdziwego zdarzenia i w ogóle. – Nie wie, czy to tylko jego głowa, ale wydaje mu się, że dłoń Ishy, którą dzielnie dzierży łyżkę, delikatnie się trzęsie. – Wiesz, po tej całej walce z potworem i tak dalej, to należy się jakiś odpoczynek i… i może lepsza byłaby jakaś meliska albo mięta, albo inne zioła, na których też poniekąd się znam…
Jedyne, do czego Raine jeszcze się nie posunął to desperacki wrzask: „PRZESTAŃ TO JEŚĆ TO NIE JEST TEGO WARTE BYŁEM W BŁĘDZIE”, co odkłada na moment, w którym znowu poczuje się przybity do ściany, bez żadnej innej drogi ucieczki. Tymczasem próbuje nie wyobrażać sobie Ishy wymiotującej w łazience i decydującej się na całkowite znienawidzenie Raine, nieważne, ile prezentów i przeprosin próbowałby jej wcisnąć.


Isha?
────
[819 słów: Raine otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 17 lutego 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA III

To, że wiadro rzucone przez Arisu w niego nie trafiło, było chyba szczęściem darowanym przez jego głupotę. Przez chwilę patrzył, jak pęknięte wiadro toczyło się po posadzce akweduktu, żeby zaraz wpaść do wody i popłynąć z nurtem. Po drodze natrafiło na nogę Arisu i trącnęło ją jak na złość, więc dziewczyna tylko wydała z siebie nieartykułowane dźwięki i ze złością odkopała je z powrotem.
A najgorsze w tym jest to, że w końcu dopadła go moralność. Nie dlatego, że dziewczyna go zwyzywała — to, szczerze mówiąc, weszło mu jednym uchem i wyszło drugim, przy okazji trochę go drażniąc. Moralność dopadła go w momencie, kiedy zauważył, że dziewczyna płacze. Prędko otarła mokrym rękawem twarz (co zdecydowanie nic jej nie dało, a Atlas był wręcz pewien, że rozsmarowała sobie po policzku resztki tynku), ale żadne z nich tego nie skomentowało.
Jakoś do tej pory chyba nie wpadł na to, że Arisu ma jakieś uczucia. To znaczy uczucia poza złością, bo tej miała aż nazbyt mieszczącej się w tym swoim śmiesznie małym wzroście. Każde ich spotkanie równało się z tym że zachowywała (próbowała zachować) grobową twarz i ograniczyć się do krótkich, acz skutecznych wiązanek. Fakt, że zmusił ją do krzyczenia w eter, rzucania wiadrami i płakania, trochę zagrał mu na sumieniu.
Stał w wodzie i patrzył, jak Arisu próbuje przebić się przez nurt. Przez chwilę miał ochotę rzucić za nią „przepraszam”. Takie proste słowo, zawieszone na końcu jego języka. Umiałby je przeliterować. Umiałby je napisać, może nawet bez żadnego błędu. Więc dlaczego nie potrafił go po prostu powiedzieć?
Może nawet nie było takiej potrzeby. W tym momencie cokolwiek by nie zrobił lub nie powiedział, Arisu i tak by tego nie przyjęła. Zresztą, wątpił, że sama dziewczyna jest w stanie mówić takie rzeczy albo że jego przeprosiny cokolwiek by zmieniły w jej podejściu do niego; to tak, jakby próbował przykleić na ślinę plakat do ściany.
Ostatecznie przysiadł na niewielkim murku i zdjął z siebie obozową koszulkę, żeby wycisnąć ją z nadmiaru wody, zanim Arisu wróci — bo musiała wrócić, nawet nie zakładał, że go po prostu zostawiła. Ich kontakty ograniczały się tylko do wzajemnej irytacji, a jednak wiedział, że dziewczyna tego nie odpuści. Może poszła ochłonąć. Z całą pewnością poszła po kolejną porcję zaprawy murarskiej i nowe wiadro. Atlas mógłby się zaoferować, żeby jej pomóc, ale miał w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, żeby wiedzieć, że musi dać jej czas, albo zostanie utopiony już na amen w wodach akweduktu.
Założył koszulkę z powrotem (nadal mokrą, ale łudził się, że może chociaż odrobinę szybciej wyschnie, skoro miał tu siedzieć kolejne kilka godzin) i ciesząc się, że zimy w San Francisco nie były spektakularne. A kiedy tak siedział smętnie na murku, z butami nadal tkwiącymi w wodzie, przypatrzył się dziurze w ścianie, o którą poszło tyle zachodu.
Jakimś cudem Arisu udało się zatynkować tę cholerną dziurę wręcz idealnie.

***

Dostali burę od Cherry. Potem burę od Elianne. Potem burę od Vergila. Potem Cherry na jakiś czas uznała, że może jednak lepiej ich odseparować, zamiast zmuszać do współpracy.
Był to całkiem logiczny krok, rzecz jasna; Arisu nie wyglądała na nieszczęśliwą z tego powodu. Szczerze mówiąc, zaczęła traktować go tak samo, jak jeszcze przed ich poznaniem, czyli jak nieznajomego prostaka z tej samej kohorty.
Atlas nie potrafił o tym zapomnieć. Może zżerały go wyrzuty sumienia, sam nie potrafił nawet nazwać tego uczucia, ale denerwowało go, że Arisu traktuje go jak powietrze. A przecież tego pierwotnie chciał! Otrzymał wszystko to, czego pragnął — święty spokój, to, żeby Arisu i Cherry dały mu święty spokój, i jeszcze raz szerokopojętny święty spokój. Dlatego tak bardzo denerwowało go, że na każdym śniadaniu, obiedzie, kolacji, rozdaniu obowiązków, porannym joggingu Czwartej Kohorty, treningu, dziewczyna ani razu nie odwzajemniała jego spojrzenia. Zaczynał myśleć, że to on ma na jej punkcie obsesję.
To nie tak, że Arisu kompletnie ignorowała jego obecność. Raz nadepnęła mu na stopę, kiedy próbował uciec z treningu. Raz podała mu sól, kiedy powiedział do niej: „hej, podasz mi sól?” (i nawet go przy tym nie zwyzywała!). Raz go faktycznie zwyzywała, kiedy urządził sobie z faunami koncert na obrzeżach obozu, a za perkusję posłużyły mu puste puszki nadgryzione przez kopytnych. Raz położył wszystkie jej strzały do gastrafetes na najwyższej półce, żeby zrobić jej na złość.
Poza tym nie nawiązali żadnej rozmowy.
Tak, Atlas zdecydowanie miał wyrzuty sumienia. Nie potrafił inaczej nazwać tej dziwnej potrzeby nawiązania z nią rozmowy.

LATO, ROK TEMU

Od walentynek Atlas i Arisu wymieniali ze sobą rozmowy raczej szczątkowe.
W ich relacji nic wielkiego się nie zmieniło; to znaczy, nie mieli żadnej relacji, od tego zacznijmy. Walentynki były tylko misją. Idiotycznym zrządzeniem losu bogów. Półboską drogą krzyżową.
Po tej misji Atlasowi na swój sposób ulżyło.
Nie szukał jej wzroku już tak często w tłumie (a może to ona pojawiała się w jego zasięgu częściej?). Nie zająknął się, nawet kiedy Cherry wyciągnęła ich z szeregu i — bardzo zrezygnowanym głosem jak na różowowłosą córkę Apollina — obwieściła:
— Będziecie uczyć dzieci podstawowej obsługi broni.
To nie była szczególna nowość dla Atlasa. Już kilka razy trenował młodszych legionistów; Cherry z jakiegoś powodu ufała mu tylko w tej kwestii, jakby nie sądziła, że jest na tyle nieodpowiedzialny, żeby zostawić dwunastolatka samego ze stojakiem pełnym mieczy. Poza tym dzieci z jakiegoś powodu go lubiły; pewnie dlatego, że mentalnie były na podobnym poziomie z Atlasem.
— Jak chcecie, żeby dzieci się wzajemnie pozabijały, to nawet sama Arisu wystarczy — prychnął.
— Ha-ha, bardzo śmieszne. — Cherry założyła ramiona na piersi.
— Jesteś pewna, że chcesz dać dzieci akurat pod opiekę Atlasa? — dopytała Arisu.
Cherry westchnęła, jakby to było faktycznie trudne pytanie i jakby zastanawiała się nad tym sama.
— Oboje jesteście dobrzy w tym, co robicie — powiedziała, unikając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie legionistki. — Być może najlepsi. Chcę, żebyście przekazali część tej wiedzy.
Atlas jakże dorośle (na poziomie reprezentatywnego, odpowiedzialnego dorosłego, który może pracować z dziećmi) wystawił język w stronę Arisu.
Cherry wręczyła im kilka formularzy. Na każdym widniało imię i nazwisko podopiecznego, numer kontaktowy rodziców, adres i znane boskie pochodzenie (to ostatnie chyba tylko po to, żeby ich ostrzec). Atlas zaczął przeglądać kartki, ale Arisu wyrwała mu je z ręki i sama zaczęła czytać.
Chłopiec o imieniu Brian, jego prapraprababcią była bogini Juwentas. Jessica, wnuczka Eskulapa. Parę innych stronic z siedmioletnimi legatariuszami. Trafiły się nawet trojaczki pochodzenia Merkurego o imionach Bailey, Hailey i Kailey. Jedynym półbogiem był dzieciak o wdzięcznym imieniu Zebulon, ale nigdzie nie było żadnego drobnego druczku, kto jest jego boskim rodzicem. Atlas obawiał się, że będą musieli odkryć to sami. Żadne z nich nie miało więcej niż dziesięć lat.
— To są głównie dzieci naszych weteranów z Nowego Rzymu — wytłumaczyła Cherry. — Za dwa, trzy lata, może dołączą do legionu.
Atlas podniósł nieśmiało rękę.
— Mam jeszcze jedno pytanie. Co w przypadku, jeśli zgubię Arisu wśród tych dzieci?
Pierwszy raz od kilku miesięcy oberwał od dziewczyny w piszczel.


Arisu?
────
[1118 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Inez CD Vex — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Inez przez moment była z siebie nawet dumna! Kuźma zawsze mówiła jej, że jest zbyt miękka dla ludzi, a jeśli chce czasami coś osiągnąć, to musi użyć manipulacji. To nie tak, że dziewczyna nie miała tej świadomości, w końcu nie żyła od wczoraj, ale zawsze uważała, że są lepsze sposoby niż to. Przecież każdego da się jakoś przekonać, co nie? A jednak zjawiło się ktoś taki jak Vex i nic nie jest proste ani oczywiste. Ciemnowłosa z całego serca miała tego dość, ale nie chciała zachowywać się jak naburmuszony dzieciak, który nabierze powietrza w policzki, tupnie nóżką i odejdzie. Dlatego całą siłą woli zmusiła się, by w jej oczach ukazały się łzy i… bingo! Nawet na kogoś tak nieczułego, jak fioletowowłose to zadziałało! Velez wiedziała, że każdy ma swój czuły punkt, a kto mógłby być wredny dla kogoś takiego jak Inez? Nie da się bez końca (a przynajmniej tak mówiła zawsze Kuźma, która uwielbiała Inez)!
– Jaki sos najbardziej lubisz do frytek? O! A może jadasz bez sosu? – Dziewczyna zaczęła temat, gdy razem z Vex ruszyli, aby przekąsić ten ziemniaczany dar od bogów.
– Uh… Jakie to ma znaczenie? – Nie wydawało się mocno zainteresowane rozmową, ale fakt, że odpowiedziało Inez potraktowała jako zgodę do dalszej rozmowy.
– Żartujesz sobie! To z czym jesz frytki to kwintesencja twej osoby! – Inez wyrzuciła ręce do góry jakby niemal urażona stwierdzeniem osoby, z którą rozmawiała. – Jeśli jesz frytki z ketchupem to jesteś bardzo zwyczajny, nie kombinujesz, ale jesteś spoko. Frytki z samą solą? Trochę dziwak z Ciebie, ale generalnie jesteś w porządku. Frytki z sosem śmietanowym lub czosnkowym: tak trzymaj; jesteś super nie zmieniaj się! Słodko-kwaśny: nic dziwnego, że nie masz przyjaciół. Musztarda: chyba nikt cię nie lubi.
Vex patrzyło się na punka jak na idiotkę. Miała wrażenie, że w tym momencie mocno ją oceniało, ale przecież to nie jej wina, że zawsze dodatek do frytek pokazywał jej jaką osobą jest jej rozmówca. Zawsze przejeżdżała się na osobach, które kochały sos słodko-kwaśny lub musztardę. Za to śmietanka i czosnek to były zawsze najukochańsze osoby na świecie.
– Nie patrz tak na mnie. Dodatki do jedzenia mogą przekazać więcej niż myślisz.
– Jesteś jebnięta.
– No patrz, ty też, tylko ja na punkcie dodatków, a ty innych rzeczy. – Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie, jednak po chwili dotarło do niej jak niemiło musiało to zabrzmieć. Zaczęła wymachiwać rękami jak opętana i bardzo mocno kręcić głową. – To nie miało tak zabrzmieć! Chodziło mi, że mamy wiele wspólnego i- AŁA!
Nie zdążyła skończyć swojej myśli, gdy chwyciła się za kark, chwilę po tym jak od ciągłego wymachiwania coś jej tam strzeliło. Usłyszała ciche prychnięcie Vex i wiedziała, że po jeno głowie przechodzi tylko myśl “co za idiotka”. Z drugiej strony udało jej się utrzymać rozmowę, więc czuła się na wygranej pozycji. Przynajmniej póki co.


Vex?
────
[461 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Theodore nie był w stanie stwierdzić, jak się czuł.
Z jednej strony miał wrażenie, że wszystko w nim się gotuje. Czuł, jak krew wrze mu w żyłach i zachęca do działania, do wzięcia spraw w swoje ręce i zrobić to, czym powinien zająć się ktoś inny już dawno, dawno temu. Nie rozumiał, jak można wpaść na dwa trupy (przecież to równie dobrze mógł być on, to były dzieciaki w jego wieku, mieli na sobie takie same koszulki jak on, pewnie mieli przyjaciół i rodziny, do których mieli wrócić, na pewno mogliby żyć jeszcze długo, dlaczego musieli umrzeć?) i przejść obok tego tak obojętnie, jakby to była normalna sytuacja. Czuł się tak, jakby zrobił coś obrzydliwego, przez co zasługiwał jedynie na zesłanie do Hadesu. Było mu niedobrze i przez chwilę jedyną myślą w jego głowie było to, żeby nie zwymiotować Edel na buty. Nie wiedział, dlaczego w ogóle zaproponował, że pójdzie z nią do Vergila, bo najchętniej zmywałby teraz z siebie ten smród w łaźni, szorując skórę tak długo, aż pozbędzie się wszystkich pozostałości tego dnia. Denerwowało go to, że centurionka próbowała go ugłaskać jak dzieciaka, któremu nikt nie chce kupić lizaka.
Emocje buzowały w nim na tyle, że zaczął się ich bać. Już od dawna się tak nie czuł. Od dawna nie pozwolił sobie się tak czuć. Nie miał pojęcia, gdzie podziała się cała ta jego cudownie działająca samokontrola, na której tak polegał. Nie wiedział, jak sobie z tym radzić, i to było najgorsze.
Z drugiej strony czuł się wyblakły. Jakby stracił coś, czego do tej pory nie zauważał, choć było to coś naprawdę ważnego. Chciał zrobić coś, cokolwiek, ale nie miał pojęcia, co mogłoby to być. Był tylko głupim legionistą, z niezbyt długim stażem, którego najważniejszym obowiązkiem było w tej chwili nieopuszczanie treningów. Nie brzmiało to jak coś, co mogłoby zmienić coś, co ma jakiekolwiek znaczenie. Ta świadomość sprawiła, że jego ramiona opadły, a gniew powoli go opuszczał, jakby strawił już wszystko, co mógł znaleźć. Miał wrażenie, że nie czuje nic. Słowa dobiegające zarówno zza drzwi, jak i ze strony Edel, nagle przestały go obchodzić. Po co miał się nimi przejmować, skoro i tak niczego nie wnosiły?
Kręciło mu się w głowie na tyle, żeby co jakiś czas musiał na chwilę zamknąć oczy i głębiej odetchnąć. Może z powodu intensywnego biegu, szoku albo tego, że w tym momencie nieświadomie korzystał ze swojej mocy intensywniej, niż powinien. Widział, że Edel zamykają się oczy i zaczyna ziewać, ale nie wiedział, jak to powstrzymać. Zabawne; myślał, że już całkiem nieźle panuje nad tą dziwną stroną siebie. Najwidoczniej dzisiaj był dzień uświadamiania Theodorowi jak mało jest tak naprawdę w stanie zrobić.
— W każdym razie, jeśli macie do naszego pretora jakąś poważną sprawę, to i tak wam nie pomoże. Jest niekompetentny. Znacie to słowo? N-i-e-k-o-m-p-e-t-e-n-t-n-y. Zupełnie jak… — mówił Izan, wypinając pierś, żeby wyglądać na potężniejszego niż Edel, choć tych czterech centymetrów różnicy nie potrafił nadrobić.
To wybudziło chłopca z otępienia. Uniósł wzrok na mężczyznę, na widok którego na usta cisnęło mu się kilka niezbyt pochlebnych słów, ale uznał, że to i tak nie ma większego znaczenia. Przetarł oczy.
— Niestety musimy porozmawiać z Vergilem, więc jeśli mógłbyś zejść z przejścia, to byłabym bardzo wdzięczna — próbowała go grzecznie spławić Edel, choć zmęczenie wyraźnie odznaczało się na jej twarzy.
Izan próbował stłumić ziewnięcie. Takie czyny nie sprzyjały dostojnemu ambasadorowi.
— Nie wolicie porozmawiać ze mną? Jestem pewien, że mogę wam pomóc… Lepiej. Na pewno lepiej, niż Vergil. Co wy na… to? — Przerwał ziewnięciem. — No co jest, kurwa? Za słabą kawę mi dzisiaj zrobili. No, to jak?
— Mam do zgłoszenia znalezione zwłoki. Pomożesz? — zapytała w końcu Edel, której najwidoczniej zabrakło już cierpliwości, co wraz ze zmęczeniem nie było najlepszą kombinacją.
— Oj, no wiesz, od tego specem akurat jest Vergil — bąknął mężczyzna, drapiąc się po karku. — A ja akurat mam teraz bardzo ważne spotkanie. Poradzicie sobie sami, dzieciaki? Powodzenia.
Zdołał odejść bardzo szybko, biorąc pod uwagę fakt, że zamykały mu się oczy. Edel przetarła twarz dłonią, zanim zapukała do drzwi, którymi dopiero co trzasnął Izan.
— Proszę. — Usłyszeli stłumiony, zawczasu poirytowany głos zza drzwi.
Theodore zastanawiał się, czy może jeszcze się wycofać. Niestety, chyba już było na to za późno, bo zanim się obejrzał, znajdował się w pretorskim biurze. Przymknął oczy. Tym razem po to, żeby skupić się na nie usypianiu wszystkich dookoła. Nie chciał, żeby pretor znowu padł przy nim jak pretor, a ta sytuacja bardzo temu sprzyjała. Najwidoczniej niestabilność emocjonalna wcale mu nie służyła.


Edel?
────
[748 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Artema — „Highway to stacja metra” [Walentynki]

„Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?”

— Proszę, pojedźmy windą.
Edgar zdobyło się na odwagę i przed samym zejściem do metra przyznał nie tylko przed sobą, ale też przed Artemem, że nie da rady schodzić po schodach. Ból w kostce nasilał się coraz bardziej, promieniując do kolana oraz bioder. Kolejne kroki mogą zakończyć się upadkiem, a przecież nie może upadać, na pewno nie przed nim. Gdyby Artema z nim teraz nie było, to zamówiłby sobie ubera i już dawno siedział w ciepłym mieszkaniu.
Artem się zatrzymał. Spojrzał na tabliczkę z nazwą stacji.
— Przecież to winda dla niepełnosprawnych.
Edgar jęknęło. Czuło się jak niepełnosprawne, bo jeszcze chwilę temu wpadło w wyrytą w chodniku dziurę, źle stanęło i coś sobie uszkodziło. Noga jak na zawołanie dała o sobie znać i pierwszy raz od dłuższej chwili skrzywił się z bólu, próbując tym samym przekonać Artema, by zjechali metrem.
Godzina była już dosyć późna, a stanie w minusowych temperaturach raczej nie należało do najprzyjemniejszych aktywności, więc Artemowi nie zostało nic innego jak zawołać starą, obmalowaną graffiti windę.
Edgar z ulgą wczłapało się do środka i oparło plecami o zimną ścianę. Artem tylko wcisnął odpowiedni guzik na panelu, urządzenie chrząknęło, wypluło ze starych głośników ryk staroświeckiej muzyki i zaczęło zjeżdżać.
Tuż przed najniższym piętrem windą coś szarpnęło. Może w ten sposób chciała oznajmić pasażerom, że dalej nie pojedzie i żeby sobie teraz radzili.
Muzyka grała bez przerwy, zupełnie nieruszona tak samo, jak nieruszona była teraz winda. Artem wlepiał wzrok w zabudowane drzwi windy, zastanawiając się, czy w tym momencie wkurwia go bardziej obecność Edgara, czy zepsuta maszyna, która miała do przejechania trzy albo cztery piętra w dół.
— No to co, skaczemy?
Odwrócił się do Edgara z wymalowanym wrednym uśmieszkiem na twarzy.
— Błagam nie.
— Lepiej się czegoś złap.
Nie słuchając narzekań Edgara, Artem poderwał się do góry. Upadł z hukiem. Maszyna złowrogo się zatrzęsła, muzyka na chwilę przestała grać, ale zaraz zapętlona melodia odnalazła swój tor i dalej upierdliwie brzęczała.
— Może… może poczekajmy, okej?
Edgar podniósł się z ziemi (bo ze strachu musiał przykleić się do brudnego podłoża) i wyciągnął dłoń w stronę Artema.
— Tak, poczekajmy chuj wie ile, aż nas stąd wyciągną.
Artem kopnął w drzwi. Te nawet nie rozwarły się na milimetr. Dwie ściany dalej się ze sobą stykały i nie chciały wypuścić ofiar ze swoich objęć. To prawie tak, jakby pożarł ich metalowy potwór.
— Tutaj się włącza alarm. — Wskazało na panel. — Ten taki czerwony przycisk.
— Wiesz, która jest godzina? Myślisz, że ci ludzie teraz pracują i aż zadzwonią do nich debile, którzy utknęli w windzie dla niepełnosprawnych?
— Mogłeś mi pozwolić zadzwonić po ubera!
— Nawet nie wiedziałem, że chcesz podjechać jakimś uberem, debilu.
Edgar zamilkło. Rzeczywiście nic nie powiedział. Całą drogę udawał, że wszystko jest w porządku, tłumiąc nasilający się ból w kostce. Teraz spocony próbował zapanować nad sytuacją, do której sam doprowadził. Na własne życzenie.
Artem prychnął, ale nadusił na czerwony przycisk. Nic się nie stało. Muzyka za to zaczęła głośniej grać. Może przez przypadek odnalazł tajny sposób, by podgłośnić to ustrojstwo?
Zniesmaczony odwrócił się w stronę drzwi. Czuł, że jeśli stąd nie wyjdzie w ciągu dziesięciu minut, to oszaleje. Nawet nie przez denerwującą obecność Edgara, ale przez dudniącą bez ładu i składu melodię.
— Zadzwonię tam.
Wyciągnął telefon i odnalazł na specjalnej naklejce numer do serwisanta. Pech chciał, że nie zdążył nawet wykręcić numeru, bo w połowie jego wpisywania telefon po prostu się wyłączył. Widział te ostatnie trzy procent baterii, ale myślał, że zdąży. Myślał i się przemyślał, bo teraz ich szanse na ratunek znacząco spadły.
— Zadzwonię do Oriany. Tak będzie szybciej.
Edgar pogmerał w kieszeni, wygrzebał z niej swój telefon i wykręcił numer do przyjaciółki.
Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał.
Artem zaczął się niecierpliwić. Domyślił się już po trzecim, że Oriana nie odbierze.
— Dzwoń po ten serwis.
— Nie mam zasięgu.
— Kłamiesz.
Edgar nie kłamał. Ten pierwszy raz od dawna nie kłamał. Odwrócił telefon wyświetlaczem w stronę Artema i poczekał, aż poirytowany przyjaciel potwierdzi, że rzeczywiście… telefon nie łapał ani jednej kreski zasięgu.
Poczekali chwilę w dłużącej się ciszy. Muzyka drażniła ich w uszy, ale nie dało się jej w żaden sposób wyciszyć. Ani wyłączyć. Jedyne rozwiązanie to wdrapanie się pod sam sufit i zerwanie głośnika, do czego już przymierzał się Artem.
— Dlaczego Oriana akurat teraz musi od ciebie nie odbierać?
Edgar wzruszyło ramionami. Chyba się już do tego przyzwyczaił.
— Może coś robi.
— Dosłownie napisałeś jej, że będziesz za godzinę w domu. Powinna odebrać.
— Daj spokój.
— Nie wkurwiaj mnie — odwarknął ostrzegawczo. — Dzwoń do niej.
Edgar nie zadzwonił. Właściwie to trochę nie chciał, bo wiedział, że bezsensowne dzwonienie do Oriany w niczym nie pomoże. Przyjaciółka i tak nie odbierze. Nie lubiła rozmawiać przez telefon, a sms może nawet w tej sytuacji do niej nie dotrzeć. Pomijając fakt, że siedzą w miejscu, w którym nie ma zasięgu, a gdy już się pojawia jedna kreska to na marne dziesięć sekund, które są i tak niewystarczające, by wezwać pomoc.
Byli skazani na siebie. Na długie siedzenie w małej przestrzeni. Ze sobą. Na patrzenie na siebie i myślenie, czy jeszcze kiedyś stąd wyjdą (pewnie tak, ale po ilu godzinach, to nie wiadomo).
— Nie możesz tego naprawić? W końcu jesteś jakimś tam… mechanikiem?
Artem uniósł brew.
— No… coś tam liczysz. Naprawiasz. Komputery? Winda chyba też ma komputer?
W pierwszej chwili pomyślał, że Edgar żartuje. W drugiej natomiast domyślił się, że to pytanie zadane zupełnie na poważnie.
— Pewnie. Zaraz obliczę siłę, jaką muszę przyłożyć, żeby otworzyć te pierdolone drzwi.
Resztkami woli powstrzymał się przed uderzeniem w panel sterujący. Jeszcze brakowało, żeby wysiadło w tej windzie zasilanie i siedzieli w klatce bez światła.
— Co ci się stało w tę nogą, tak swoją drogą? — zapytał dopiero teraz, bo przez cały ten czas zbyt był zdenerwowany faktem utknięcia w windzie. Zupełnie nie zwracał uwagi na kulejącego Edgara, który w tym momencie siedział wciśnięty w kąt.
— Nic.
— Mam nadzieję, że cierpisz, bo to przez to siedzę teraz w tej rozjebanej windzie.
Znowu zamilkli. Jeden z nich siedział z ręką zaciśniętą wokół kostki, a drugi wpatrywał się w nierozsuwalne drzwi, jakby siłą woli próbował je otworzyć.
— Jakbyś zaczął teraz ze mną skakać, to…
— Nie.
— Nie bądź pizdą. Trzeba to sprowadzić jakoś na dół.
Edgar przegryzło wargę. Naprawdę wolałby tu siedzieć w spokoju i czekać, aż przyjdzie jakiś serwisant i ich wyciągnie.
— Wolę poczekać.
 
Artem siedział naprzeciwko Edgara. Oparty o ścianę czuł się jak zwierzę w klatce, które czeka, aż wróci właściciel i je nakarmi.
— Grasz w kółko i krzyżyk?
— Co? — Edgar oderwał swoją uwagę od napuchniętej kostki i spojrzał na Artema. — Co to w ogóle za pytanie?
— Co innego chcesz robić w tej sytuacji? Grasz czy nie?
Wygrzebał z kieszeni malutki ołówek i nabazgrolił na ścianie siatkę do gry w kółko i krzyżyk. Nie czekając na policjanta zaczął pierwszy i postawił krzyżyk pośrodku.
Edgar wziął od Artema ołówek i postawił kółko w górnym rogu siatki. Wymieniali się tym nieszczęsnym ołówek jeszcze kilkanaście razy, zmieniając raz po raz pole do gry i zamalowując w ten sposób pół windowej ściany. Obok ich rysunków widniały inne przedstawiające głównie kutasy albo cycki. Ciekawe, czy autorzy też się tutaj zatrzasnęli?
— Znowu wygrałem. — Artem z uśmiechem postawił ostatni krzyżyk i połączył go z pozostałą dwójką. — Dwadzieścia jeden do piętnastu.
Przez te parę godzin zaczęli się zachowywać jak za dawnych lat; dwójka przyjaciół, która poznała się przez przypadek i zupełny przypadek złapała nić porozumienia. I pewnie byłoby tak dalej, gdyby nie to, że Edgar (jak zawsze) musiał zepsuć tę atmosferę.
— Wiesz, że niedługo są walentynki?
Artem spochmurniał.
— Głupie święto dla głupich zakochanych. No i co?
— Chciałem się pośmiać z ludzi, którzy to obchodzą.
— Wcale nie to miałeś na myśli.
— A co? Ty obchodzisz? — złośliwie się uśmiechnął. — Uraziłem cię?
W odpowiedzi tylko trącił wyciągniętą nogę Edgara butem.
— Nigdy nie obchodziłem walentynek. Bezsensowne święto. Może to ciebie uraziłem?
Edgar odpowiedział tak samo, trącając Artema swoim butem.
— Też nigdy nie obchodziłem walentynek. Ktoś w ogóle lubi to święto? Żałosne. Wszystko jest wtedy bez powodu drogie.
Znowu go trącił.
— A co uważasz o tych głupich ciasteczkach albo tortach w kształcie serc? Mdli mnie na ten widok.
Edgar odrobinę się przesunęło.
— Obrzydliwe. To jest dla ciebie apetyczne? Jak te wszystkie walentynkowe ozdoby. Przesycone kolorem różowym jak w bajce dla dzieci.
— Wiesz, co jest jeszcze gorsze? Te wszystkie pary oświadczające się sobie akurat w walentynki.
Edgar się uśmiechnęło i znów przesunęło o parę centymetrów.
— Ale wiesz co? Myślę, że ty to lubisz. Tę całą walentynkową otoczkę. — Posłało Artemowi prowokujący uśmiech.
Artem się przesunął, trochę bardziej, niż Edgar przesuwał się dotychczas.
— Nie. Myślę, że to ty lubisz walentynki. Lubisz te różowe serduszka, lubisz patrzeć na całujące się pary. Jesteś żałosny, Edgar.
— Uważaj, do kogo to mówisz. Tak naprawdę jesteś zazdrosny. Sam chciałbyś siedzieć w słodkiej, różowej kawiarni i jeść urocze ciasteczka w kształcie serduszek.
Artem złapał Edgara za nadgarstek, a Edgar zacisnął palce na rozpiętej kurce Artema.
— Jesteś cwelem, Edgar. Marzysz o tych różowych kawiarniach i różowych polewach. Nakarmić cię takim ciasteczkiem? Zadowoliłoby cię to, żałosna kurwo?
Ich oddechy się ze sobą praktycznie stykały i stawały jednością. Spojrzenia nie uciekały na boki. Palce zaciskały się coraz bardziej. Edgar wydawał się być jeszcze bliżej niż sekundę temu.
— Nie jestem taki łatwy do zadowolenia, wiesz? Musisz zrobić coś więcej, niż tylko nakarmić mnie różowymi ciasteczkami.
— Nic dla ciebie nie zrobię. Mogę cię co najwyżej udusić.
— Nie zrobiłbyś tego. Jesteś słabym skurwysynem, który widzi tylko czubek własnego nosa. Nie pozbyłbyś się mnie. Nigdy.
— Bardzo chętnie zrobię to przy pierwszej możliwej okazji.
Mówiąc to, palce Artema przestały tak gorączkowo ściskać nadgarstek Edgara, a dłoń policjanta zostawiła w spokoju rozpiętą kurtkę Rosjanina; i zamiast wrócić do siebie jakimś cudem powędrowała w stronę odkrytego barku, by zacisnąć się na gorącym karku.
— Zrób to. Pozbądź się mnie i o wszystkim zapomnimy.
— Pierdolony manipulatorze. — Pochylił się do przodu, by złączyć ich czoła. — Marzę o dniu, w którym znikniesz z mojego życia.
Gorące powietrze z ust Edgara otulało jego zaciśnięte wargi.
— Mogę zniknąć teraz. Naprawdę.
Usłyszeli hałas. Chrząknie, brzęczenie i buczenie jednocześnie. Winda ruszyła z wyraźnym trudem. Jechała powoli, bardzo ociężale i z widoczną czyjąś pomocą. Po zatrzymaniu, drzwi się same nie otworzyły, oczywiście, to byłoby zbyt piękne.
Ktoś krzyknął raz, drugi, a potem przy pomocy czegoś, przypominającego łom, otworzył przesuwane drzwi.
W drzwiach stanął mężczyzna ubrany w ciuchy, które nie sugerowały, że pracuje przy naprawach wind albo że jest jakkolwiek powiązany z taką brudną robotą.
— Przepraszam, że trwało to aż trzy godziny. Czasem ten system alarmowy nie daje nam znać od razu.
Artem poderwał się na równe nogi. Zupełnie ignorując Edgara, wyszedł na peron.
— Która jest godzina?
— Za chwilę wybije pierwsza. Macie dużo szczęścia. Zmianę zazwyczaj kończymy o drugiej. — Uśmiechnął się uprzejmie.
 
Praktycznie pusty pociąg nadjechał dopiero po dziesięciu minutach.
— Nie jedziesz ze mną? — zapytał Edgar, widząc, że Artem za nim nie wchodzi.
— Nie, a co? Nie dasz rady dojść ze stacji do domu?
— Spierdalaj. Jestem samowystarczalny.
Drzwi się zamknęły, pociąg odjechał. Artem musiał odczekać kolejne piętnaście minut, by wrócić do swojego mieszkania.

[1800 słów: Artem otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia + 20 PD]