wtorek, 27 stycznia 2026

Od Niketasa do Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Nowe lato, nowy Niketas. Albo: nowe lato, nowa banda gówniarzy, która plącze mu się pod nogami i próbuje przeszkodzić w utrudnionym przez nawał obowiązków istnieniu. Już zdążył przyłapać młodociany gang swojego rodzeństwa, buntowniczą latorośl w domku jedenastym, która próbowała podwędzić coś z jego PRYWATNYCH rzeczy (podczas gdy on nadzorował trening, biegając pomiędzy walczącymi i opowiadając im żarty o homoseksualnych wynalazcach gier komputerowych, tak długo, aż przez nieuwagę nie dostaną po żebrach). Gdy, bardzo podekscytowane swoim wyskokiem, jedenastolatki już prawie położyły swoje lepkie łapy na nieodpieczętowanej talii kard, jak spod ziemi pod stopami wyrósł im grupowy. Niemal tak, jakby na karku zainstalowany miał alarm przeciwkradzieżowy, i gdy ktoś tylko spróbuje zabrać cokolwiek, co należy do niego, kręgosłup wybucha mu znośnym, ale dokuczliwym bólem i dodatkowo nawiguje go do miejsca kradzieży. Małe oczka niskich pseudozłodziei wpatrują się w bezkresną czerń szkieł okularów przeciwsłonecznych, gdy grupowy pochyla się nad nimi jak ojciec, który wraca w piątkowy wieczór do domu, a mama „mu powiedziała”.
Ze wszystkich kar, jakie można otrzymać w Obozie Herosów, każda wydaje się Niketasowi zbyt lekka (najchętniej wrzuciłby dzieciaki do jeziora i sprawdził, które potrafi pływać). Pod okularami drga mu powieka i zdaje sobie z tego sprawę tylko Ulfert, który bardzo chaotycznie próbuje załagodzić sytuację, rzucając frazesami typu: „To tylko dzieci” i „Nie wiedziały, że akurat te karty są dla ciebie w jakiś bardzo specyficzny sposób ważne” oraz „Daj spokój, przecież widać, że już nigdy nie zrobią czegoś takiego, haha”.
– Ulf. – Po zbyt długiej mowie wściekłego rodzica, która jest niewarta zapisywania, Niketas wreszcie zamiast do dzieciaków zwraca się do swojego brata (nazywanego również „pomocnikiem”, „zastępcą wielebnego grupowego” oraz „ej, zrób to”). – Zaprowadzisz ich gdzieś, gdzie jest jakaś długa ściana. – Teraz Ulfert spodziewa się co najmniej polecenia rozstrzelania jedenastolatków. – I każesz robić im przysiady. Nie takie zwykłe. Opierasz się o ścianę plecami, nogi uginasz w kolanach, rozumiesz? – Chłopiec niepewnie kiwa głową. – Ten, który wytrzyma najdłużej – zwraca się z powrotem do dzieciaków, które już dawno przestały słuchać jego wyrzutów – nie będzie musiał, dajmy na to, wypastować tej podłogi. – Ostentacyjnym gestem wskazuje na panele w domku, do których, żeby je wypastować, trzeba byłoby się najpierw dostać, a tego zadania już dawno nikt się nie podjął. – Ulf, ty ich będziesz pilnować. Jeżeli poddadzą się za szybko i dadzą wygrać jednemu, to oprócz tej podłogi, każ im odkurzyć lampę i zeskrobać wszystkie gumy do żucia z framugi tamtego łóżka.
– Tam są jakieś…
– Tak – odpowiada Niketas tonem, który aż krzyczy, że Ulf nie chce wiedzieć, ile dokładnie jest tam gum.
Grupowy wychodzi z domku ze świadomością swojej porażki jako człowieka, którego mają bać się wszyscy w Obozie. Albo nie tyle ze świadomością porażki na całej linii podczas prowadzonej przez samego siebie wojny ze światem (albo raczej przeprowadzania ciągłych akcji dywersyjnych), ale akurat na szczeblu wychowywania najmłodszych, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie dokładnie się znaleźli i jak źle będzie im podpaść grupowym, których traktują jak jeszcze gorszych przewodniczących klasy. Dzisiejsza młodzież robi się coraz bardziej pewna siebie, podczas gdy Niketas, zarobiony bardziej niż przez ostatnie parę lat (głupie potwory, głupie wzmożone środki ostrożności), nie ma nawet czasu rano ułożyć włosów i umyć twarzy, a co dopiero zająć się tym, co lubi najbardziej — niszczeniem czyichś żyć, ale głównie to zatruwaniem pozornego szczęścia Ulferta oraz handlem nielegalnymi substancjami i przedmiotami.
Odgarnia rozproszone kosmyki z czoła, przemierzając krzywe drogi Obozu i przepychając się pomiędzy spoconymi nastolatkami. Przy okazji, mijając radosne i bose dziecko Apolla, rzuca z miłym uśmieszkiem, że jeden z nowych rekrutów domku jedenastego bardzo, naprawdę bardzo, chce posłuchać o sposobie zakładania strun w gitarze, pod każdym technicznym i metaforycznym względem. Ogólnie chciałby być gitarzystą. I właśnie znajduje się pod jakąś długą ścianą, razem ze znajomymi odgrywając performens siedzenia na niewidzialnych krzesłach. Dzieciak cieszy się niemiłosiernie, bo w całym Obozie słynie z możliwości wyrzucania z siebie nieprzerwanego potoku słów przez co najmniej parę godzin, gdzięki czemu przyda się jako irytujący dodatek do kary złodziejaszków.
Niketas na szybko poprawia zmiętą koszulkę, zanim bez pukania wchodzi do domku dwudziestego. Spotyka znany mu już układ mebli, choć pozbawiony paru istotnych rzeczy, które zapamiętał z ostatnich wizyt. Gdzieś zniknęła kolekcja kapeluszy z ogromnymi rondami, fioletowy młynek do kawy w zestawie z równie fioletową kawiarką i nigdzie w zasięgu wzroku nie ma żadnej charakterystycznej, zdobionej skrzyneczki, w której przechowywali swoje zyski.
Ostatnie fiolki z Boskim Fullem™ (a.k.a. Strawberry Punchem™) Niketas zostawił sobie właśnie na początek lata, ale półboski energetyk kończył się szybciej, niż przewidział. Od ostatniego, smutnego rozliczenia z Violet, która porzuciła ich biznes na rzecz podrywania lesbijek w Nowym Jorku, minęło już ładne parę miesięcy, a w tym czasie kieszenie chłopaka zdążyły stać się tak puste, jak miejsce w jego sercu, gdzie powinny znajdować się wyrzuty sumienia.
– Rose? – woła ktoś z głębi domku, zaraz po tym, jak Hermesiak przekracza próg.
– Niestety nie, paniusiu – odpowiada Niketas z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
– ??? – jedna z pozostałych córek Hekate, jeśli grupowy się nie myli, Erin lub jakaś inna Emmeranne, wpatruje się w niego z zaskoczonym gniewem. – Pukać nie potrafisz?
Zanim dziewczynie udaje się go zatrzymać, Niketas starym zwyczajem zajmuje sobą prawie całą kanapę i chwyta najbliższy wyrób książkopodobny, który wpada mu w dłonie. Przeczesuje włosy palcami i poprawia okulary, nic nie robiąc sobie z niezbyt przyjaznego powitania.
– Przyszedłem w sprawie interesów – informuje ją w taki sposób, jakby się z nią witał. Chyba w całym swoim życiu nie powiedział niczego normalniejszego (przynajmniej dla niego robienie interesów równa się z codziennością). – Kojarzysz Violet, nie? Twoja urocza siostrzyczka. No, więc mieliśmy układ. Korzystny dla obu stron, ogólnie dla całego Obozu i takie tam, rozumiesz. Ale ona się zmyła, więc, co raczej jest już oczywiste, szukam nowego partnera. Lub partnerki – tłumaczy pobieżnie, a podczas tych paru zdań poprawia sobie fryzurę jakieś pięć razy i ani na moment nie przestaje się uśmiechać.
Niketas, będąc zupełnie szczerym, nie przygotował się na wypadek, w którym Erin mu z marszu odmawia, każe mu się wynosić i nigdy więcej nie pokazywać się jej nie oczy. Swoją porażkę w planach rozpisywanych w notatnikach traktował co najwyżej pobieżnie, o ile w ogóle dopuszczał jej zajście. Tym razem jest podobnie — jeśli nie wygra jego krętactwo i miły uśmiech, dopiski do swojej mapy myśli naskrobie późną nocą, i przy słabym świetle latarki poświęci na to swoje cenne godziny snu, byle tylko sprawdzić, czy Aresiaki wciąż są tak impulsywne, jak tydzień temu, a dzieciaki Afrodyty nadal lubią dostawać listy od anonimowych obozowiczów, z których potem wyciągają najohydniejsze plotki do rozsiania po całym Long Island.
Przypomina sobie, że wciąż musi się odwdzięczyć tamtej lasce od Aresa. Postanawia uwzględnić to w jednym ze swoich najnowszych przedsięwzięć, a część obowiązków grupowego oddać Ulfowi. Wciąż nie do końca potrafi pojąć, skąd Arnar miał tyle czasu na romansowanie z jakimiś alkoholikami (powód jest prosty: najzwyczajniej w świecie zaniedbywał obowiązki grupowego albo udawał, że ich nie ma i w najlepsze grał z innymi w bingo po nocach, na co Niketas nigdy się nie zdobędzie, bo ma zbyt sztywny kodeks moralny oraz ogromne poczucie odpowiedzialności za swoich podwładnych/pracowników).


Erin?
────
[1152 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Od Raine do Ishy — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Raine z uśmiechem godnym pracownika miesiąca tłumaczy piętnastej osobie tego dnia, która pyta go, gdzie podziało się słońce, czemu jest taka niska temperatura i gdzie jechać, żeby znaleźć piękne, nagrzane słońcem plaże. W międzyczasie robiąc kolejnego hotdoga z większą ilością sosu niż parówki, Raine opowiada im o klimatycznym fenomenie San Francisco i zapewnia, że co roku wszyscy się mylą. Klienci nie wydają się zadowoleni, a co po niektórzy zaczynają grozić, że zgłoszą go do kierownika. Ich pomysł nie jest najmądrzejszy nie tylko dlatego, że Raine z chęcią spróbowałoby znaleźć inną pracę, ale też on nie przypomina sobie najmniejszej wzmianki o tym, że w jego kompetencje zalicza się kontrola pogody, a tej mocy, jako biedne dziecko Asklepiosa, niestety nie może tak po prostu posiąść.
Wykłócający się klienci przestają wreszcie wykłócać się z Raine, a zaczynają bardzo głośno narzekać między sobą, pewnie próbując zaplanować zorganizowany zamach na tego głupiego ekspedienta, który nawet nie zapamiętał, jaki sos zamówili (co nie mogło się wydarzyć w ich najśmielszych snach).
Raine już przygotowuje najszczerszy uśmiech, na jaki jest w stanie się zdobyć w tej sytuacji (zazwyczaj nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jest dobry w uśmiechaniu się) i wita kolejną osobę na stacji bardzo pogodnym „dzień dobry”, w ogóle nie podobnym do tego, co naprawdę chciałby powiedzieć (czyli bardzo uprzejme, ale stanowcze, wyproszenie wcinających hotdogi awanturników).
Przez głośne rozmowy, których Raine, pogoda i przeklęte San Francisco są głównym tematem, heros nie może dosłyszeć, o co tak właściwie prosi go kobieta, która z niekoniecznie miłym wyrazem twarzy rzuca znaczące spojrzenia w stronę grupki zjadaczy hotdogów. Wreszcie, bo chyba kolejne „co?” Raine przeważa szalę, rzuca do nich:
– Może byście się ogarnęli?
Ich rozmowa przycicha, ale nie milknie całkowicie. Wrogość klientów z Raine przenosi się na kobietę, która ponownie odwraca się do ekspedienta i z politowaniem kręci głową.
– Za stanowisko numer dwa – mówi, tonem już nie tak oschłym, jaki udało się Raine usłyszeć tuż przed chwilą. – Nie zazdroszczę ci pracy tutaj – dodaje, może tylko po to, żeby to powiedzieć albo na szybko dodać Raine jakiejś otuchy w tej parszywej sytuacji, ale on, jak to on, dostrzega w tym zwykłe zaproszenie do dalszej rozmowy.
– Zazwyczaj nie jest tak źle – rozpoczyna z uśmiechem, ale klienta tylko uśmiecha się w taki sposób, w jaki uśmiechają się osoby, które przejrzały już twoją fasadę i wiedzą, jak jest naprawdę. – W sezonie letnim nagle wszyscy pytają, gdzie jest słońce i bardzo szybko denerwują się, gdy odpowiadam, że pogoda wynika z prostych czynników astronomicznych, co w żadnym razie nie jest moją specjalnością. A wiesz, jak nie ma ruchu, to mam schowany pod ladą atlas grzybów – mówi to tak, jakby było to największe przestępstwo, jakie popełnił w całym swoim życiu (prawdopodobnie kradzież jakiejś grzybni była czymś poważniejszym, ale zrobił to dla dobrej sprawy i swoich badań). – No, ale. To będzie…
Kobieta już wyciąga portfel, ale grupka napakowanych miłośników hotdogów naprawdę wzięła sobie do serca to, że ona śmiała zwrócić im uwagę na ich głośne zachowanie. Wpychają resztę parówek do ust i, nie zwracając uwagi na to, że właśnie przeszkadzają jej w prostym procesie płatności, jeden z nich próbuje wyrwać jej portfel z ręki. Pewnie nie spodziewa się, że kobiety mogą mieć choć trochę siły w dłoniach, bo nie może powstrzymać zaskoczonego stęknięcia, gdy pieniądze magicznie nie znajdują się w jego dłoni.
– Proszę pana – szybko i głośno odzywa się Raine, chcąc zdążyć, zanim ktokolwiek inny zacznie krzyczeć – za próbę kradzieży złapaną na kamerach będę musiał zgłosić pana stróżom… – Przerywa na moment i szybko mruga, bo z jakiegoś powodu głowa faceta nagle przypomina mu coś w rodzaju główki porcelanowej lalki.
– NIC MNIE NIE OB… znaczy. Przepraszam, dziękuję, ale obejdzie się bez tego – odpowiada facet, a jego koledzy patrzą na niego zdziwieni. Raine przygląda im się dokładnie, ale akurat w ich wyglądzie nie dostrzega większych anomalii. Wydaję się tak samo zdziwnieni faktem, że ich kolega postanowił tuż przed obiektywem kamery wyrywać komuś portfel, jak i tym, że kulturalnie przeprosił ekspedienta grożącego mu wezwaniem policji.
– Puszczaj, spocony baleronie – warczy kobieta i próbuje wyrwać swoją własność z ogromnych palców faceta, który mamrocze pod nosem „Przepraszam, dziękuję za propozycję, ale nie puszczę, przepraszam”. Wtedy coś klika we wciąż przesiąkniętym wiedzą wpychaną mu do glowy w Obozie Raine i gdy troszkę bardziej mruży oczy, dostrzega, że facet rzeczywiście nie ma twarzy tam, gdzie powinien mieć każdy człowiek. Jego oczy wyzierają spomiędzy dekoldu za bardzo rozpiętej koszuli i zanim Raine zdąży uznać, że to jest ekstremalnie obrzydliwe, działa jego pamięć motoryczna.
– Ee, to ja się nim zajmę! – woła niepewnie i przeskakuje przez ladę, prawie przewracając przy tym zarówno kobietę, jak i jej oprawcę. Ledwo znajduje miejsce na stopy, a jeszcze mniej miejsca ma na przemienienie swojego naszyjnika w kształcie słońca na gladius (oraz nieprzebicie nim kogokolwiek w pobliżu). – Jak już to się ogarnie, to pójdziemy sobie na jakąś grzybową, spoko? – rzuca do nieznajomej, która zdaje się nie być aż tak zaskoczona nagłym wyciągnięciem przez Raine miecza. Bardziej od niej przerażeni są faceci, którym nagle nie przeszkadza brak słońca i zmywają się ze stacji w mgnieniu oka.
– Przepraszam, a ten miecz, to możesz schować, proszę?


Isha?
────
[839 słów: Raine otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 25 stycznia 2026

Od Kuźmy do Philip — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Barak, z niewyjaśnionego powodu, wydaje się dziwnie zamglony, gdy tylko otwiera oczy. „Wina niewyspania” – myśli, przecierając powieki. Mgła nie znika, więc pewnie jest bardzo niewyspana i…
To zdecydowanie nie jest pikanie czyjegoś budzika?
Jak nagle porażona prądem, zrywa się z łóżka i próbuje dostrzec coś przez zasłonę dymną, która pełznie po całym baraku. Ktoś łapie ją za rękę i siłą wyciąga z łóżka, krzycząc coś o nuggetsach, kimś imieniem „Dick” i głupich pomysłach niedorosłych chłopców. Dopiero gdy udaje im się wydostać z zadymionego baraku, Kuźma rozpoznaje Lexi, z którą w ciągu całego swojego obozowego życia miała tyle wspólnego, że jedynym, co o niej wie, jest jej ciche parskanie przez sen dochodzące z łóżka nad Kuźmą i które aż za bardzo przeszkadza jej w zaśnięciu, dopóki po paru minutach nie ucichnie (rozlegnie się znowu po paru godzinach). Dziewczyna zbyt długo nie pozostaje przy koleżance, tylko posyła jej nieszczery uśmiech (przynajmniej tak odbiera go córka Pavora) i mówi coś o swoim koledze, który śpi w tym bardziej zadymionym baraku. Kuźma, wciąż niedobudzona, marszczy brwi i chyba dodatkowo straszy tym starszą o parę lat koleżankę. Albo ona po prostu lubi wszędzie bardzo szybko biegać.
Zanim dziewczynka orientuje się w sytuacji, na parę sekund przejmuje się tym, że podczas nagłego biegu spodnie prawie zsunęły się jej z bioder, włosy przybrały postać napuszonego hełmu, a jej służąca za piżamę koszulka spada jej z ramienia (warto dodać, że to koszulka ze szpetnym nadrukiem Bonny'ego z FNAFA, kupiona dla niej przez jakiegoś wujka, który nie wie, co to FNAF i zdecydowanie nie jest w stanie rozróżnić podróbki od prawdziwego merchu). Doprowadza się do znośnego porządku, podobnie jak cała reszta lokatorów jej baraku, którzy stoją na brukowanej ulicy w samych skarpetkach albo, jeśli nie są psychopatami, bez skarpetek. Odzywa się też parę głosów nieśmiało pytających, co się stało, ale Kuźma chyba wie, co. Inni też powinni wiedzieć. Pewnie teraz, gdy pozostała część piątej kohorty wietrzy dwa ze swoich baraków, Ricky tłumaczy się, jakie połączenie których związków chemicznych doprowadziło do tak potężnego wybuchu, że przed piątą rano dym ogarnął AŻ DWA baraki. Pewnie jest z tego osiągnięcia niezwykle dumny.
Kuźma chciałaby mieć czas, żeby zapytać tego idiotę, co mu strzeliło do głowy ORAZ pożalić mu się, że przez niego nie udało jej się znaleźć szczotki na czas (wywietrzywszy barak, legioniści z piątej kohorty mieli zaskakująco mało czasu na zebranie się do kupy), więc cały dzień dziewczynka musi spędzić w awaryjnym, niskim kucyku, którego rozplątanie po calym dniu roboty przyprawi ją o wyrwanie sobie co najmniej kilkuset skołtunionych włosów. Grzywka też nie chce układać jej się w jakkolwiek znośny sposób i ciągle czuje, że na środku głowy samoistnie tworzy jej się przedziałek (a grzywkę właśnie ma po to, żeby nie mieć przedziałka, więc cała jej fryzura przestaje mieć sens). Na śniadaniu stawia się niezwykle naburmuszona, a gdy jeszcze słyszy, że dzisiaj przypada jej mycie stajni, ma ochotę zacząć wrzeszczeć, rzucać talerzami i natychmiast uciec z Obozu. Nie robi nic z tych rzeczy, ale zaniepokojeni koledzy i koleżanki, sami nie wiedząc czemu, odsuwają się od niej, niemrawo żując swoje śniadania. Niektórzy posuwają się nawet do przejścia do stołu po drugiej stronie sali, co Kuźma wspaniałomyślnie ignoruje.
Dopiero wtedy, gdy teoretycznie powinna już co najmniej wyczyścić jakieś ćwierć stajni, udaje jej się złapać Philip. Ledwo powstrzymuje się od desperackiego złapania jej za rękaw i jak małe dziecko zaskomlenia, że ona nie chce myć końskiego gówna.
– E, centurionko – mówi tonem mężczyzny, który zaczepia ładne dziewczyny na ulicy (nienaumyślnie). – Ja nie mogę czyścić stajni.
– Czemu? – Philip nie wydaje się zaskoczona — jej twarz wciąż zachowuje jej zwykły, beznamiętny wyraz, który odrzuca niedostatecznie odważnych lub zdesperowanych ludzi od zaczepiania jej.
– One się mnie boją – skarży się Kuźma, powstrzymując chęć zwrócenia uwagi centurionki na wystający z jej warkocza kosmyk włosów, który zaraz odwiedzi Obóz Herosów. Philip marszczy brwi i zamiast obojętnej zmienia się w lekko poirytowaną, bo Kuźma pewnie w jednej chwili zniszczyła cały jej plan na dzisiejszy dzień, do którego obowiązki rozdzielała jakiś tydzień temu. Dziewczynce już wydaje się, że jedyną odpowiedzią, jaką otrzyma, będzie: „No i co ja mam z tym zrobić?” (czego spodziewałaby się po każdym organie władzy przypominającym rodzica mnogiej zgrai głupich dzieciaków o nadprzyrodzonych mocach), więc dodaje szybko: – Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
Oczy Kuźmy otwierają się szerzej ze zdziwienia, bo nie spodziewała się po niej takiej pamięci. Było to rok… nie, nawet dwa lata temu, jeśli dziewczynka dobrze liczy i, tak zupełnie szczerze, w tym momencie bardzo cieszy się, że przez te minione dwa lata miała spokój od stajni, koni i siana. Mimo przypomnienia sobie tego faktu w miarę szybko, Kuźma wciąż jest wzięta z zaskoczenia i przez chwilę po prostu nie wie, co odpowiedzieć, aż wreszcie wybąkuje pierwszą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy:
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
Tym razem Philip wydaje się wstrząśnięta. Albo właśnie się nie wydaje, bo Kuźma ma niezły problem z odczytaniem jej mimiki twarzy (może przez to, że stresuje ją ta rozmowa, nie do końca jest w stanie to stwierdzić).
– Nie mówiła ci o tym? – Kuźma przejmuje pałeczkę i nawet jest w stanie wlać w ton swojego głosu więcej niedowierzenia niż ironii. – Wiesz, to była ta, Wanda. – Dziewczynka wciąż nie ma pojęcia, co myśli o tym Philip, bo po prostu nie patrzy jej w twarz. Zamiast zerknąć, brnie dalej w to dziwne wytłumaczenie, słowa dobierając na tyle ostrożnie, żeby nie obrazić centurionki (bo w obrażaniu ludzi, wcale tego nie chcąc, okazuje się dość dobra, a naprawdę bardzo nie chce mieć dzisiaj do czynienia z końmi): – No i. Jesteśmy teraz, jakby, koleżankami. I ona. Mówiła coś o jakichś. Planach wspólnych potem, jak już wyjdzie z Obozu. I inne takie.
Skupia się na nieziemsko interesujących kamieniach, bo nagle przygniata ją wyższość pozycji centurionki nad nią, legionistką, która wciąż pamięta ciężar plakietki in probatio na szyi i nie dopuszcza do siebie świadomości, że już rok, od kiedy nie musi jej nosić.
Ma szczerą nadzieję, że nie rozsiewa wokół siebie oszałamiającej aury strachu, która zepsułaby cały plan wymigania się od dostania kopytem prosto w pierś po raz drugi w ciągu jej obozowej kariery. Albo już nie drugi, a trzeci, ale jednego z nich nie pamięta.


Philip?
────
[1027 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline — „Jak zdać sesję w dziesięć dni"

Dzień 1
Caroline wstała o godzinie siódmej i nakrzyczała na niedziałający ekspres do kawy. Jasne, że musiał zepsuć się akurat tego dnia, kiedy miała za sobą trzy godziny snu i mniej chęci do życia, niż w przeciętny poniedziałkowy poranek. Jeszcze przez chwilę próbowała naprawić zepsute urządzenie, ale kiedy poczuła swąd palonego czegoś (co zdecydowanie nie było kawą), odłączyła ekspres od prądu. Pożar w mieszkaniu byłby wisienką na torcie.
W ciągu pięciu minut naciągnęła na siebie gustowne dresy, związała włosy i z długopisem w kieszeni wyszła z domu. Po drodze na uczelnię wpadła do kawiarni, która oczywiście musiała być zatłoczona. Czuła, jakby piasek garściami wysypywał się jej z oczu, ale nie, to jeszcze nie był koniec przygód. Pierwszy w tej sesji egzamin pisała nigdzie indziej, tylko na wydziale fizyki, z którym nie miała absolutnie nic wspólnego. Zgubiła się tylko raz, próbując dotrzeć do odpowiedniej sali.
Po napisaniu egzaminu, w drodze do domu odwiedziła punkt, który proponował naprawę sprzętów AGD. Powiedzieli, że mogą wysłać do niej pracownika najszybciej za tydzień.
Kurwa mać.

Dzień 2
Drugi z rzędu poranek bez kawy? Jak super! Żeby temu zapobiec, wystarczyłoby poprzedniego dnia kupić kawę rozpuszczalną w osiedlowym sklepiku, ale kto by na to wpadł? Na pewno nie Caroline, która myślała tylko o tym, w jaki sposób nadrobić braki na 8 godzin przed egzaminem. Nie, żeby leżało to w jej możliwościach, ale spróbować zawsze można.
Zamiast kawy wypiła herbatę. Rumianek, na uspokojenie. Przy okazji namoczyła w nim płatki pod oczy; łudziła się, że jeśli będzie wyglądała lepiej, niż się czuje, to ludzie wokół uwierzą w to, że jest na swoim miejscu (nie była). Tym razem nawet ubrała się w koszulę, żeby stwarzać pozory. Niewyprasowaną, co prawda, ale jednak koszulę.
Lepsze to niż dresy.

Dzień 3
Życie stało się prostsze, kiedy kupiła kawę. Nie była smaczna, ale działała. Szczególnie kiedy sypała cztery łyżeczki na kubek. I piła ją na jeden raz. Trzy razy dziennie. Nie widziała w tym nic złego, skoro do tej pory nie kołatało jej serce. Była zdecydowanie zbyt młoda na zawał, ale na zawalenie studiów też. Wybór był prosty.
Egzamin na godzinę dziewiątą czterdzieści był miłą odmianą. Nie wymagał zerwania się z łóżka bladym świtem i dawał jej czas na mentalne przygotowanie się. I zerknięcie do notatek, jeśli miała pewność, że od tego nie zwariuje. Zwykle jej nie miała, więc sobie odpuszczała.
— Wyglądasz jak żywy trup, Laurie — zauważyła, podchodząc pod salę zdecydowanie zbyt wcześniej.
Laurence faktycznie nie prezentował się najlepiej, siedząc na podłodze z nosem w notatkach. Brązowe loki niechlujnie opadały mu na czoło. Uniósł na nią spojrzenie, którym faktycznie mógł poszczycić się godny zombie.
— Żywy? Chciałbym — prychnął.
Wyglądał zdecydowanie tak, jak Caroline się czuła.

Dzień 4
Dla przestrogi — zupki chińskie i szczochowa kawa wcale nie działają dobrze na samopoczucie i myślenie kreatywne.

Dzień 5
— Jezu, wieki nie jadłam tak zajebistego croissanta — jęknęła Lucy, rozkładając się na wiklinowym krześle. — To chyba prawdziwe wiśnie, nie ta chemiczna maź.
Caroline spojrzała najpierw na śniadanie koleżanki, a potem na swoją lichą kawę i kanapkę. Ostatnio po słodkościach zbierało jej się na wymioty. Została jej smętna bułka z sezamem i sałatą.
— Cieszę się twoim szczęściem — mruknęła w swoją filiżankę.
— To dobrze. Jak tam twój projekt? Wiem, że miałam nie pytać, ale wyglądasz, jakbyś bardzo chciała mi o tym opowiedzieć — powiedziała Lucy z promiennym uśmiechem.
Tajemnica jej zapasu energii była Ley nieznana — Amberly biegała po uczelni jak niegasnący promyczek słońca i bez trudu zdawała wszystkie egzaminy. Pieprzona wiedźma.
— Posłuchasz dzisiaj. Jak nie zrzygam się na wykładowcę.

Dzień 6
Caroline nie miała bladego pojęcia, kto wymyślił sesję w sobotę. Co stało się z weekendem? I czasem wolnym? I pieprzonym wysypianiem się?
Kawakawakawakawakawakawakawakawakawa.
— Halo? Przepraszam? Ogłuchła pani?
Dziewczyna stukała w plastikową szybkę, bo kobieta, która siedziała po drugiej stronie, jawnie ją ignorowała, a ona była zbyt niewyspana, żeby to znosić. Z długim, poirytowanym westchnieniem kobieta wyciągnęła z uszu słuchawkę i nawet nie wysiliła się na sztuczny uśmiech.
— W czym mogę pomóc? — zapytała znudzonym tonem.
— Kiedy wyślecie kogoś do mojego ekspresu? Zapisywałam się pod nazwiskiem Leyanall.
Caroline zaczęła postukiwać paznokciami o nie do końca czysty, plastikowy blat.
— Na pewno dostała pani datę przy rejestracji. Nie mogę pomóc.
Jeden wredny uśmieszek później Caroline była na zewnątrz i klęła pod nosem na „wredną starą prukwę, która nie umie skupić się na swojej pracy”. Czy coś takiego.

Dzień 7
Wolna niedziela. Po pierwszym tygodniu sesji w swoim życiu czuła się jak średniowieczny chłop w przerwie od pańszczyzny. Na dwadzieścia cztery godziny zaprzyjaźniła się z piżamą i mrożoną herbatą. I ze swoją długą listą filmów do obejrzenia, o której ostatnio mogła zapomnieć.
Potrzebowała odpoczynku przed egzaminem z najgorszego przedmiotu, z jakim zetknęła się w swoim bardzo długim, osiemnastoletnim życiu.

Dzień 8
Tego ranka popłakała się po raz pierwszy. Kawa dalej była paskudna, skończyły jej się bułki i miała naprawdę paskudne wrażenie, że to będzie ten egzamin, którego nie zda. Trzy razy malowała rzęsy, zanim się poddała i po prostu zmyła czarne smugi spod oczu. Wyjątkowo nie myślała, że powinna wyglądać lepiej, niż się czuła.
— Nie przesadzaj, przecież będzie dobrze — pocieszała ją Lucy, kiedy siedziały na jednej z kanap stojących na korytarzu. — Jak nie zdasz, to są poprawki. — Poklepała ją po plecach.
— Naprawdę pocieszające. Czuję się świetnie — parsknęła ponurym śmiechem, odsuwając od siebie kolorowe notatki koleżanki.
Termin poprawkowy w tej chwili wydawał jej się gorszy niż potrącenie samochodem.

Dzień 9
Caroline niewiele myślała podczas pisania ostatniego egzaminu. Ot, planowała, że w końcu zje dobry obiad. Świetny makaron w swojej ulubionej, włoskiej knajpie. Może carbonarę?
— Proszę państwa, oddajemy prace.
Ułożyła równo kartki i wsunęła długopis do tylnej kieszeni spodni.

Dzień 10
— ZDAŁAM, KURWA!
Caroline wpadła do jednego z pokojów w akademiku, który należał do Lucy. Trzymała w dłoni kartkę z potwierdzeniem, które odebrała ledwo dziesięć minut temu.
Dziewczyna zerwała się z łóżka i obrzuciła ją zaspanym spojrzeniem.
— Zamknij się, mam kaca — jęknęła, z powrotem opadając na poduszki.
Najwyraźniej ona nie przejmowała się tak bardzo, jak Caroline.
— Masz kawę? — zapytała, rzucając swoją torbę w kąt pokoju.
— A co? Twój ekspres dalej nie działa?
— Chyba w nagrodę kupię sobie nowy.
Zdecydowanie zasłużyła.


────
[1001 słów: Caroline otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa — „Negocjacje w czasach wojny”

Na regularnym spotkaniu grupowych (plus Chejron), Niketas robi to, co zawsze na regularnych spotkaniach grupowych: kiwa się na krześle, udaje, że żuje gumę i ogląda swoje paznokcie, co jakiś czas dodając od siebie trzy grosze do kłótni pomiędzy grupowem Aresa a Weroniczką. Zdaniem Hermesiaka Ash przewyższa Nikę we wszystkim, w czym można człowieka przewyższać — w grę wchodzi cięty język, dobre riposty, upomnienia Chejrona za rzucane z lekkością serca groźby karalne, a nawet oryginalna aparycja (kosmiczny fiolet włosów córki Ateny dość mocno spłowiał i stał się co najwyżej mętnym błękitem, bo ostatnio w Obozie było dużo do roboty, w końcu już początek lata, zaraz zleci się tu ogromna fala dzieciaków, które nie dość, że są poturbowane po pierwszej walce z potworem, to jeszcze nie wiedzą, co to Grecja). W tym wszystkim Weronika przegrywa z kretesem, tak samo jak ze swoją petycją dotyczącą wprowadzenia cotygodniowych egzaminów ze wszystkich czternastu przedmiotów szkolnych.
– Herosi nie powinni być tylko silni, ale też inteligentni! – argumentuje, gwałtownie wymachując rękoma. Przed nią leży napoczęte opakowanie żelków truskawkowych, do których Niketas zdążył podrzucić kilka pokrojonych w drobne kawałki ostrych papryczek (podły, kiepski żart), ale Weronika, jak na złość, jest zbyt zajęta kłótnią, żeby coś przekąsić. – Cotygodniowe testy urozmaicą plan zajęć Obozu, zauważ, że przecież zostając w Obozie na cały rok, opuszczamy ważne zajęcia w szkole…
– Jeszcze nigdy przed potworem nie uratowała mnie znajomość równania chemicznego! – dobitnie stwierdza Ash. – Dobrze wiem, jak…
– Wiedza daje pokorę wielkiemu, dziwi przeciętnego, nadyma małego! Nic tak nie ogranicza prawdziwej wiedzy, jak przekonanie, że się wie to, czego się nie wie! – krzyczy Weronika i tym sposobem skutecznie zwraca na siebie uwagę wszystkich obecnych, którzy zastanawiają się, czemu ona to powiedziała. – Lew Tołstoj.
– Brawo, paniusiu. Zasłużyłaś na żeleczka.
Weronika posyła Niketasowi wściekłe spojrzenie i rzeczywiście wpycha do ust żelka. Żelka, a nie papryczkę. Niestety.
– Nikt z nas nie ma zamiaru pisać jakichś testów – gniewnie rzecza Ash i praktycznie wszyscy im potakują.
– W wychowywaniu herosów najważniejsza jest wiedza o potworach i strategii walki – mówi Chejron, zanim Weronika znowu zacytuje rosyjską literaturę. – Z tego moglibyśmy robić testy, ale…
– Nie no, bez jaj, z tego też nie robimy testów – stanowczo stwierdza Mikołaj, a Sacnite potakuje mu, kiwnąwszy głową. – Nigdy czegoś takiego nie było i żyjemy…
– W tym roku to nas trochę poumierało – cichy, trochę beznamiętny i rozmarzony głos szybko skupia uwagę wszystkich obecnych. Rosalie rumieni się, gdy to dostrzega. Mruga dużymi oczami i uśmiecha się niezręcznie. – Eee, to znaczy…
– Nie, masz rację – przyznaje Chejron. Zapada milczenie, nieprzerywane nawet ostentacyjnym mlaskaniem Niketasa ani stukaniem w blat czyichś palców, które z przerwami rozlegało się pomiędzy wypowiedziami grupowych. – Nasiliły się ataki potworów.
Rozmowa z kłótni zmienia się w czysto taktyczne przekomarzania, z których pewnie nie wyniknie nic przełomowego, nieważne, jak wszyscy chcieliby, żeby wyniknęło. Obóz działa na tych samych zasad od, z tego co orientuje się Niketas, przynajmniej paru wieków, a Chejron jest niesamowicie przeciwny wszelkiemu postępowi. Patrząc na to, że w Wielkim Domu wciąż trzymają staroświecki telefon na kabel i wciąż odkładają w czasie zalegalizowanie iFajstosów, Niketas nie wróży Obozowi świetlanej przyszłości.
Poza tym, trening przetrwania jest działką Aresiaków i Chejrona. Hermesiaki mogą co najwyżej uczyć obozowiczów, jak szybko uciekać.
Niketas kątem oka obserwuje Weronikę, która wsłuchuje się w rozmowę bardzo zaaferowana każdą rzucaną przez innych propozycją, pewnie po to, żeby przyczynić się do jej odrzucenia, tak jak oni potraktowali jej pomysł. Co rusz wkłada do ust kolejnego żelka, aż wreszcie wtedy, gdy Ash mówi coś o wprowadzeniu sprawdzania obecności na każdym treningu, Weronika nagle robi się cała czerwona na twarzy. Próbuje kaszleć jak najciszej, a Niketas nie może powstrzymać się od wrednego uśmiechu, gdy, charcząc jak umierający gruźlik, przeprasza towarzystwo i wybiega z pomieszczenia.
– Wracając – podejmuje temat Ash po krótkiej przerwie – dopuścimy tylko… dwie nieobecności na miesiąc, trening będzie codziennie…
– To ja obliczę pradopodobieństwo wagarów wśród każdej grupy wiekowej – oznajmia z uśmiechem Niketas. – Karą za nadprogramowe nieobecności będzie spalenie żywcem?


────
[640 słów: Niketas otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Anastazego — „Siedzimy tu przez nieporozumienie” cz. 1

– Patrz.
Gabriel macha mu przed twarzą gęsto zapisanym skrawkiem papieru. Anastazy unosi wzrok niewysłowienie zmęczonego człowieka znad płytki elektrycznej z podłączonymi do niej trzema diodami. Parę dni temu Kuźma poprosiła go o pomoc w zrobieniu makiety ulicznego skrzyżowania do szkoły, a połączenie jej aury strachu z pasją Anastazego do robienia wszystkiego, tylko nie pójścia do pracy, sprawiło, że od paru godzin skręca sygnalizację świetlną, podczas gdy czeka na wyschnięcie drugiej warstwy farby na nadprogramowym rondzie pod małą apteką. Oczywiście, Kuźma pomogła mu w niektórych rzeczach, jak domalowanie mikroskopijnych pająków i wybranie koloru trawy.
– Na co mam…? – Anastazy marszczy brwi, bo kartka równie szybko, jak znalazła się przed jego oczami, tak sprzed nich zniknęła. Jedyne, co udało mu się dostrzec, to bardzo pochylone (bo prawie poziome), pełne ozdobników i całkowicie nieczytelne pismo, w ogóle nie przypominające tego, jak pisze Gabriel. – Hę?
– To list – tłumaczy jego współlokator, a w jego głosie pobrzmiewa duma. – Od mojego kuzyna.
– Kuzyna?
– Greka. Ej, ty go powinieneś znać, nie? – Gabriel jakby dostaje olśnienia, choć nie okazuje najmniejszej iskry radości związanej z nim. – Laurencjusz Potocki. Taki Włoch.
– Włoch?? – Anastazy marszczy brwi, mocno skonfundowany. – A to nie bardziej… Laurenti?
– Nie – prycha, a Nastek domyśla się, że w tym absurdzie nie doszuka się czegokolwiek logicznego oprócz tego, że z jakiegoś powodu wszyscy wokół od lat akceptują człowieka z polskim nazwiskiem uważającego się za Włocha. – Ale tak zupełnie go nie kojarzysz? Syn Dionizosa? Taki imprezowicz? Pije dużo wina i tylko ostre?
Anastazy nie wie, czy Gabriel zdaje sobie sprawę, ale w gruncie rzeczy opisuje każde dziecko Dionizosa, jakie kiedykolwiek postawiło swoją stopę w Obozie Herosów. Nie chciałby go rozczarować, więc nawet na chwilę mocno marszczy brwi, żeby przypomnieć sobie kogokolwiek, kto w jego pamięci choćby częściowo przypomina polskiego Włocha. Bardzo mu się to nie udaje.
– Chyba… chyba coś mi świta – odpowiada, ale Gabriela już to w ogóle nie obchodzi.
– Dobra, mniejsza. – Macha na to ręką. – Zaprosił nas do siebie na imprezę. Znaczy, w sumie to tylko mnie, ale z osobą towarzyszącą, to pomyślałem sobie, że… To jest tylko taka formalność, nie?
– Co?
– Pomyślałem, że pojedziemy razem? – Z jakiegoś powodu, zadając to pytanie, brzmi na bardzo sfrustrowanego. Prawie jak postać z kreskówki, której ze złości zaczyna pulsować żyłka. Nawet narwowo tupie nogą i Anastazy (nie będąc najlepszym w odczytywaniu ludzkiej mowy ciała) domyśla się, że chciałby jak najszybciej stąd uciec, walnąć sobie lampeczkę wina i obejrzeć film. W całkowitej samotności i ciszy. (Albo po prostu Anastazy na tyle zna swojego współlokatora, że domyśliłby się tego nie mając na nosie okularów).
– Mam… makietę do zrobienia?
Zapada pomiędzy nimi chwila niezręcznej ciszy, podczas której Anastazy zastanawia się, czemu w ogóle to powiedział, a Gabriel w milczeniu patrzy na niedokończoną sygnalizację świetlną, która równie dobrze mogłaby być zdalnie sterowanym, świecącym pająkiem (czym pewnie stałaby się, gdyby Nastek pozwolił sobie na chwilę rozkojarzenia).
– To Kuźma ma makietę do zrobienia – mówi wreszcie Gabriel. – Zaczynam w ogóle żałować, że jej wtedy pomogłem wstać…
– Sama nie zrobi świateł…
– Okej, nieważne, rób jak chcesz – wzdycha mężczyzna i już odwraca się, żeby opuścić zabałąganiony pokoik Anastazego. Gdy dotyka framugi odkrywa, że z jakiegoś powodu jest odrapana tak, jakby mieli w mieszkaniu ogromnego kota (wspaniałomyślnie postanawia to zignorować). – Po prostu nie masz psychy pojechać – rzuca na odchodne, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakim zapalnikiem potrafią być te słowa.
Dopiero siedząc w nowojorskim metrze, Anastazy zaczyna zastanawiać się, czy, po pierwsze, może uznać to za swoją porażkę, a po drugie, dlaczego Gabriel aż tak uparł się, żeby pojechali we dwójkę. Doszedł do niekoniecznie górnolotnych pomysłów:

1) Gabriel tak dawno nie widział się z kuzynem, że się stresuje i oczywiście tego po sobie nie pokazuje,
2) zabranie ze sobą osoby towarzyszącej świadczy o tym, że ma się znajomych,
3) z jakiegoś powodu na imprezie ma być bardzo mało osób.

Anastazy jeszcze nie żałuje swojej decyzji. Myśli głównie o tym, że w jakiś sposób ratuje Gabriela z dziwnej opresji, którą prawdopodobnie wymyślił Nastek i która pewnie w ogóle nie istnieje.
Prawdziwy, niewytłumaczalny i lepki strach obejmuje go dopiero wtedy, gdy ramię w ramię stają przed mieszkaniem owego Laurencjusza. Ze środka już dobiega dudnienie muzyki i chyba jakieś krzyki, a Gabriel patrzy na Anastazego wzrokiem mówiącym: „Ja pukam, ty mówisz” i zanim Nastek zdąży zaprotestować, mężczyzna stuka w drzwi.


────
[704 słowa: Anastazy otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 24 stycznia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Gry to jego pasja. Jedna z rzeczy, w których jest naprawdę dobry i nie sądzi tak tylko on, ale wszyscy dookoła, wliczając w to cały ród dzieci Hermesa. Kompletny miszmasz, z jakim właśnie się zmagają, nie jest w stanie powstrzymać tak doświadczonego zawodnika, jakim jest Arnar. Pęcisław może pragnie być bogiem stworzonego przez siebie świata, ale to herosi wyjdą z tego starcia zwycięsko.
Hermesiak tak skupia się na próbach rozgryzienia tego, na czym polega gra, że prawie gubi się w tasowaniu. Tym bardziej gubi się w rozmowie.
– Ja? Ja nie wiem o co chodzi? – śmieje się Pęcisław. – Przecież napisałem cały regulami, Dahluś, nie rozśmieszaj mnie nawet. O, tu masz: podpis i odcisk mojego ko- Sorki, tu akurat… ugryzłem instrukcję…
– Dahlia. Już chyba mam plan – wbija się w ich konwersację Arnar, konspiracyjnym i głośnym szeptem.
– Nie masz planu – stwierdza kobieta, a satyr radośnie jej potakuje. – A my w to już nie gramy – dobitnie oznajmia, na co satyr tym razem gwałtownie kręci głową. Dahlia chyba oszczędza sobie udowadnianie mu, że przecież nawet on sam nie zna zasad i już zdążył zjeść ćwierć swojej instrukcji.
– Po prostu musisz uwierzyć w moją umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji – tłumaczy Arnar, dokładnie przyglądając się zawiłej konstrukcji sklejonej z co najmniej pięciu planszy do gry, na którą Pęcisław wysypał podwędzone z innych planszówek przedmioty. – Trzeba tylko dostrzec wzór i wtedy…
– Tutaj nie ma wzoru. To nawet nie ma nazwy. – Dahlia wbija wzrok w trochę zmieszanego satyra, a lawirujący między stolikami barman próbuje postawić gdzieś zamówione przez nich drinki.
– Otóż ma! – sprzeciwia się Pęcisław, ale nie jest w stanie kontynuować (i to chyba lepiej dla niego), bo właśnie kelenr desperacko próbuje umieścić ich napoje na zabałaganionym stole.
– Przesunąłby pan te karty? – pyta mężczyzna, a Arnar natychmiast chwyta stosik pomarańczowych tekturek z krzykliwym napisem: „Gorący ziemniak!” na rewersie.
– Ej, Dahlia, co robią chomiki? – pyta, przeczytawszy tekst na jednej z kart.
– Nazwałem to cacko… – Pęcisław chowa głowę za swoim regulaminem. – Eee, daj mi… sekundkę…
– Co robią chomiki???
– To pani zamawiała… puszkę? – Heroska bez słowa wskazuje Pęcisława, a puszka ląduje na zniszczonym zamku, bo kelner zaczyna mieć dość.
– DAHLIA CO ROBIĄ CHOMIKI.
– Nie wiem, kręcą się? W tym takim… kółku. – Arnar kiwa głową tak, jak wyobraża sobie, że pokiwałby głową nauczyciel, gdyby kiedykolwiek odpowiedział poprawnie na zadane pytanie (nie, żeby nie znał odpowiedzi, po prostu szybciej mówił, niż myślał. – To… dobra odpowiedź? – dopytuje zaskoczona Dahlia.
– Nie wiem, nie ma klucza.
– Ta gra nazywa się – uroczyście oznajmia Pęcisław – „PODPALENIE OBOZU HEROSÓW”.
Żadne z półbogów nie jest ani zachwycone, ani tym bardziej spodziewało się, że ta gra właśnie na tym polega. Patrzą na siebie nieco sceptycznie i oboje rozumieją, że żadne z nich nie wychwyciło nawet najdrobiejszej przesłanki, że będą palić Obóz. Dahlia wzrusza ramionami, Pęcisław wpatruje się w swoich graczy z nadzieję, a Arnar wreszcie postanawia przerwać napięte milczenie.
– A gdzie tu jest Obóz? – Hermesiak nisko pochyla się nad planszą, próbując dojrzeć gdzieś znajomy zarys miejsca, w którym spędził… z siedem lat? Albo trochę mniej?? Nieważne. Zna Obóz na pamięć, na pewno gdzieś rozpozna jego mikromapkę…
– Eeeeeee, gdzieś na północnym wschodzie chyba.
– Gdzie jest północny wschód?
– Północ jest tam, gdzie rośnie mech na drzewach…
– Arnar. – Dahlia postanawia znowu zabrać głos. – To przecież jest jakaś pułapka.
– Coś ty! – wrzeszczy Pęcisław, urażony do żywego. – Satyrowie pomagają półbogom, a nie zastawiają na nich pułapki! A teraz, jako, hm, but i samochód, musicie uniemożliwić… temu tam. Naparstkowi… zburzenia akweduktu!!!
– Dobra. – Arnar już zaciera dłonie, szybko zapomniawszy o poszukiwanym przez siebie Obozie. – Dahlia, potrzebuję w tym twojej pomocy…
– Może zamiast tego – kobieta wskazuje na bliżej nieokreślone miejsce na blacie – pójdziemy sobie na spacer? Albo gdzieś, gdzie jest wstęp wzbroniony dla satyrów? Tak, super? – pyta kobieta i zanim ktokolwiek jej odpowie, wstaje od stołu. – Pęcisław, możesz zjeść te swoje planszówki.
– Ale…
– A co z akweduktem? – wcina się Arnar. – Nigdy w życiu nie widziałem akweduktu. Mamy takie w Nowym Jorku? – pyta z oczami błyszczącymi z ekscytacji jak u małego dziecka. (Warto dodać, że w sumie nie wie, czym właściwie są akwedukty — wyobraża je sobie po prostu jak jakieś bardzo stare, w połowie zniszczone ruiny, które na pewno mają jakiś kształt).


Dahlia?
────
[682 słowa: Arnar otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Vex CD Inez — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Inez wygląda na zrozpaczoną. Na szczęście, Vex się tym kompletnie nie przejmuje. Znudzone patrzy na dziewczynę, a ona patrzy na nieno z dziwną desperacją, jakby naprawdę chciała teraz wziąć no za rękę i zaprowadzić na piknik z różowymi ciasteczkami w kształcie serduszek. Po tym pewnie zaczęłaby z niem rozmawiać na temat demoralizacji młodzieży oraz szkodliwości popełaniania takiego przestępstwa, jakim jest wandalizm. Opowiedziałaby nu historię o jej koledze, który kiedyś psiknął farbą na blok mieszkalny, został złapany przez policję i potem siedział w izbie wytrzeźwień, bo przy okazji był naćpany (pewnie założyłaby też, że podobna sytuacja nigdy nie przydarzyła się Vex co byłoby całkiem odważnym założeniem).
– Ja stąd wychodzę – stwierdza Vex i jeszcze raz wstrząsa puszką z farbą. Jeno koleżanka chyba nie do końca rozumie, skąd dokładnie wychodzi, więc dodaje: – W sensie z obozu. Nie chce mi się myć cudzego gówna.
– Rodzice ci pozwolą? – naiwnie pyta Inez, na co ono nie znajduje innej odpowiedzi niż prychnięcie suchym, nieradosnym śmiechem. Skonsternowana dziewczyna marszczy brwi, a farba prawie wypada jej z rąk, bo tak bardzo skupia się na zrozumieniu reakcji Vex, że aż zapomina, że coś trzyma.
– Moi rodzice to sobie mogą gadać. – Wzrusza ramionami z kpiącym uśmieszkiem na ustach. – Mam osiemnaście lat, więc-
– O, naprawdę?
Vex patrzy na nią spod byka, co dla niej pewnie wygląda nieco zabawnie, bo legioniszcze jest od niej o pół głowy niższe. Dzięki temu może dokładnie podziwiać brązowy odrost na czubku jeno głowy, a oczy zasłania jej gęsta grzywka. Gdzieś spod niej wystaje czubek nosa. Tylko w wyobrażeniu Vex wygląda w ten sposób groźnie, ale ile by się nie prężyło i jak nie stawałoby na palcach, to nie jest w stanie dorównać Inez. Frustuje no to jeszcze bardziej, niż cokolwiek, co mówi dziewczyna tym radosnym, beztroskim tonem, aż ociekającym dziecięcą naiwnością.
– Myślałam, że jesteś bardziej w moim wieku. – Vex nie pokazuje po sobie zaskoczenia, bo szczerze myślało, że Inez albo jest od nieno starsza, albo są rówieśnikami. Gdyby było kimś innym, może niezręcznie by się uśmiechnęło i zapytało, ile w takim razie ona ma lat, ale jest sobą, więc udaje, że no to kompletnie nie interesuje.
Na tym ich nieszczególnie miła konwersacja umiera. Przynajmniej na moment, podczas którego stoją naprzeciwko siebie, oboje z puszkami farby w rękach i oboje równie zdezorientowani w tym, co teraz mają robić. Vex z chęcią zaczęłoby po prostu bazgrać po ścianach latryn, które na całe szczęście nie są w tym momencie wybuchane przez jakieś dzieci Kloacyny albo obozowych chemików i piromanów, ale Inez za to… chyba najchętniej poszłaby do jakiegoś centuriona (Vex w myślach błaga, żeby to nie była Cherry, tak to może sobie iść skarżyć) albo od razu do pretora, bo czemu nie, i tam powiedziałaby, że mają w Obozie wandalcze. Co nie jest szczególnie dziwne, bo prawie każdego obozowicza można w ten sposób określić. Oprócz tych rzeczywiście grzecznych i przymilających się centurionom (oraz samych centurionów).
Vex postanawia nie przebierać w środkach, które posiada jako mały, fioletowowłosy kurdupel.
– Słuchaj, kurwa. – Przeklina dla lepszego efektu. – Jeśli powiesz komuś o tym wszystkim – trochę niewyraźnie wskazuje na swoje otoczenie, w tym siebie – to ci tak wpierdolę, że się od tego nie pozbierasz i mnie zapa-
– Ej, bez takich, proszę – przerywa nu Inez z miną małego, przestraszonego szczeniaczka. Nie wie, czy dobrze widzi, ale w jej oczach chyba zbierają się łzy i ten żałosny widok sprawia, że jednak jest nu trochę głupio (tylko trocę). – Nie naskarżyłabym, słowo.
– Myślisz, że ja ci teraz uwierzę? – kpiąco pyta Vex, choć zupełnie szczerze trochę nu ulżyło. Miało zdecydowanie za dużo problemów z władzami obozowymi przez ostatnie parę lat.
– No… wiesz. Nie musisz? – mamrocze żałośnie. NAPRAWDĘ ma łzy w oczach. – Ale wciąż możemy iść coś zjeść i pogadać…
„Weź już po prostu spierdalaj” – chciałoby powiedzieć Vex, ale coś no powstrzymuje. W takich momentach myśli sobie, że jednak coś jest w tym byciu półbogiem. Gdyby było bogiem, mogłoby być okrutne do woli.
– Dobra, idź sobie po prostu. Nie chcę niczego jeść ani rozmawiać – mamrocze zamiast tego, żeby zabrzmieć na trochę mniej… ostre. Choć, tak zupełnie szczerze, to by coś zjadło. Może jak wreszcie narysuje na ścianie jakiegoś kutasa i napisze obok: „ma to w dupie Izan King” to poczuje się na tyle spełnione, że aż pójdzie zjeść jakieś… cokolwiek będzie się dało znaleźć w Obozie. A to znaczy, że zje coś przepełnionego wszystkimi składnikami odżywczymi, jakie istnieją i oczywiście wszystkich będzie w tej abominacji prawie po równo. Trzeba budować mięśnie i zdrowo się odżywiać, motto kuchni Obozu Jupiter.
Inez jednak się no nie słucha. Dalej stoi z tą przeklętą puszką, którą trzyma tak, jakby po raz pierwszy w życiu widziała walcowaty przedmiot. Vex szybkim ruchem wyrywa ją z jej rąk i intensywnym spojrzeniem jeszcze raz każe jej sobie pójść.
– Wiem, graffitti to też forma sztuki, ale możemy znaleźć lepsze miejsce? Potem ktoś to będzie musiał znowu pomalować i tak dalej… dołożysz innym obowiązków…
– Nic mnie to nie obchodzi.
Dziewczynie zaczynają się kończyć argumenty. Vex patrzy na jej zrezygnowaną minę i gdzieś w środku nie budzą się w niem dziwne pokłady czułości albo litości — po prostu wie, że dopóki ona będzie tutaj stała, to nie da rady namalować na ścianie nawet najmniejszego kutasa w całym San Francisco, co powiedziałoby, że jest co najmniej irytujące. Dlatego wysila wszystkie swoje zdolności aktorskie, które zostały nu z nagrywania filmików dla Almy (oby nigdy więcej nie musiało mówić przy kimkolwiek „uwu”, nawet jeśli to miało na celu zdenerwowanie drugiej osoby) i wzdycha bardzo głęboko i bardzo zrezygnowane.
– Dobra. Wiesz co, masz rację – mówi jak najbardziej przekonująco, mając trochę nadzieję, że Inez albo jest głupia, albo bardzo głęboko wierzy w dobro tkwiące w każdym człowieku, jakieś tam magie przyjaźni i magiczne kucyki. – To nie jest dobry pomysł. Opuszczony szpital psychiatryczny brzmi lepiej – mamrocze dalej, bardzo nieentuzjastycznie chowając cały sprzęt z powrotem do torby. Nie pokazując po sobie najmniejszego wysiłku czy żalu, zarzuca ją na ramię i nawet udaje nu się nie załamać pod jej ciężarem.
– To idziemy na frytki? – Z radością pyta Inez, a po łzach nie ma śladu. Nawet jeśli nie uwierzyła w szczere intencje Vex dotyczące zejścia z drogi zdeprawowanego nastolatka, to przynajmniej widzi, że rzeczywiście wszystko ładnie spakowało i pewnie stwierdziła, że dopóki przy niem jest, to nie będzie próbowało jakichś dziwnych wyskoków. Vex bardzo gorąco chce myśleć, że jednak uwierzyła w to głupie kłamstwo i się do nieno, łagodnie mówiąc, odklei.
– Nie – odpowiada, tym razem zupełnie szczerze. – I polecam ci się ode mnie odpierdolić.
– Nie musisz być takie niemiłe.
– Jest to mój świadomy wybór.
Po tych słowach odchodzi… bardzo chciałoby odejść, ale Inez idzie u jeno boku. Jest… zdecydowanie uparta.
– Postawię ci te frytki.
To jak kuszenie diabła.
– Okej – zgadza się wreszcie, bo darmowe frytki w tej chwili są dla nieno ważniejsze niż honor i duma. – Tylko to odłożę.
Próbuje zignorować to, jak Inez cieszy się morda. Powinno bardziej zastanawiać się nad tym, kogo próbuje wciągnąć w swoje głupie i ryzykowne plany (zdecydowanie powinien być to ktoś, kogo ono już zna, inaczej, jak widać, kończy się to niezbyt dobrze).


Inez?
────
[1156 słów: Vex otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii do Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

— Na co my tak właściwie patrzymy? — Mruknęła sceptycznie Dahlia.
Stół wyglądał jak pole bitewne. Jest szansa, że nim był.
Naprzeciwko siebie, pochyleni nad figurkami i planszami, siedzieli półbogowie. Dwójka przyjaciół (a właściwie jedno utrzymuje, że przyjaciół, drugie kategorycznie temu zaprzecza), wpatrywała się tępo w rozłożone karty i notki z instrukcjami.
— Mam jakiś koncept, ale tylko związany z kartami. Co do reszty… nie. — Odparło Arnar.
Pomysł wpadł do głowy, kiedy przyszła pora na kolejne odwiedziny związane z notką z Obozu Herosów. Chcieli, jak za starych dobrych czasów, zagrać w karty w jakiejś spelunie, ale przypałętała im się trzecia osoba.
Po prawicy Arnar, a lewicy Dahlii, umościł się na poduszkach satyr. Był ledwo zauważalny, daszek czapki wystawał zza gigantycznej płachty, którą dumnie nazywał instrukcją. Czy tam regulaminem. Używał tego na przemian, a reszta mogła tylko się domyślać, czy znał znaczenie tych słów, czy nie.
— Mówię, to jest bardzo prosta gra. Tylko pierwszy raz jest ciężki. — Odpowiedział wesoło.
Dahlia przewróciła oczami. Wielokrotnie się zastanawiała, jakim cudem zawsze wiedział, gdzie ją znaleźć, nawet jeżeli to był drugi brzeg USA. Jeszcze Arnar, nawet nie bacząc na to, kim ten satyr jest i co tu robi, od razu się zgodziło na rozrywkę. Niewiele trzeba było, żeby zachęcić dzieciaka Hermesa do czegokolwiek związanego z kartami oraz oszukiwaniem.
— Dobra Pęcisław. Po prostu powiedz nam, co mamy zrobić.
— I co te karty robią?
— Arnar, jeszcze nie teraz. Nawet nie wiemy, jaki jest pierwszy krok.
— Musicie wziąć pionki.
Spojrzeli wszyscy na miszmasz na planszy.
— Jaka jest definicja pionka? — Arnar zmarszczyło brwi.
— No, to są te metalowe cośki.
Dahlia już sięgała po pionek w kształcie auta, gdy Arnar zabrało jej sprzed nosa.
— Halo? To by—
— Kopyta ci walo! — Odpowiedział mimowolnie satyr.
Spiorunowała go wzrokiem, na co ten w odpowiedzi schował się za kartą z zasadami. Westchnęła zrezygnowana i wzięła metalowego buta.
— Gdzie mamy położyć?
— Chwila…
Czas upływał w akompaniamencie nerwowego wertowania kartek. Półbogowie zainteresowali się kartami i podczas casualowej rozmowy o ich stanie zachowania Arnar zaczęło je tasować, robiąc przy okazji triki. Które może nie robiły na reszcie jakiegoś wrażenia, ale miło było poczuć ponownie ich teksturę oraz to, jak się układają w rękach. Miały dziwną szatę graficzną. Zamiast klasycznych kolorów i cyfr były obrazki z potworami czy robotami, a wartości były absurdalne, na przykład 490, 760, 1000.
— Zakręćcie kółkiem.
— Jakim kółkiem?
— No, tym co ma cztery kolory.
— To jest dla ciebie kółko? To kwadrat ze wskazówką!
— Czepiacie się.
Arnar zręcznie zakręciło wskazówką i po chwili padło na czerwoną strefę. Satyr spojrzał z ukosa i zadowolony oznajmił:
— Lewa noga na zamek.
Spotkał się ze skonfundowanym wzrokiem. Arnar próbowało po swojemu wykoncypować, co dalej.
— Myślę, że ten twój but jest na lewą stopę i powinnaś przesunąć w stronę tam, gdzie lawa, wtedy to by miało sens z czerwoną stre—
JEB!
Kopyto padło z ciężkim impetem na planszę, rozwalając największy budynek. Kawałki poleciały w różne strony, szczególnie na Arnar, które miało pecha znaleźć się bliżej struktury.
Dahlia spojrzała spode łba na niszczyciela zamku.
— Mam wrażenie, że nie wiesz, o co chodzi i skleiłeś kilka gier w jedno — Warknęła.


Arnar?
────
[505 słów: Dahlia otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Zmiana pory roku — lato



LatoZmiana pory roku
Koniec stycznia to nie tylko sesja, ale też… zmiana pory roku. Na lato, bo półbogowie lubią robić wszystko na odwrót i kiedy my chowamy się pod kocykiem, wkuwając biotechnologię leków, to oni opalają się na Florydzie. (Modląc się, żeby ten krokodyl nie okazał się potworem, który znalazł ich na wakacjach).
Najświeższe informacje organizacyjne związane ze zmianą pory roku:
★ wątki można kontynuować w czasie przeszłym i z uwzględnieniem pory roku, w jakiej dzieje się akcja. Spis trwających wątków oraz pór roku znajdziecie pod tym linkiem,
★ uprasza się o timeskipowanie lub zamknięcie wątków, które dzieją się w 4. Roku bloga. Na razie nie będziemy za to bić, jako iż tylko jeden wątek powstał w trakcie piątej wiosny, ale miejcie z tyłu głowy, że nie znacie dnia ani godziny,
★ w sumie to tyle, ale dziwnie mi zostawiać tylko dwa punkty.
Następna zmiana pory roku (jesień) zaplanowana jest na 26 kwietnia. Macie trochę czasu na nadrobienie starych wątków. Tyle, że aż kwiatki zakwitną.

x

@fedzz_z @freepik

Od Edel CD Silasa — „Wildberry Lillet”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

– Fajnie.
– No, fajnie – przytakuje mu Edel, podczas gdy jej twarz, ba, ona cała, znajduje się tak blisko Silasa, jak typowa bohaterka komedii romantycznej po nakręconym z siedmiu kątów upadku na swojego ukochanego podczas jazdy na łyżwach. Jej plecy przygniata czyjś bardzo twardy i bardzo kanciasty plecak, którego właściciel chyba nadal nie jest w stanie odzyskać równowagi. Nogi kobiety plączą się w długich spódnicach, rajstopy zahaczają o poszarpany plastik siedzenia i jeżeli jeszcze nie są dziurawe, to gdy tylko spróbuje się przesunąć będą. Próbuje jak najmniej inwazyjnie wysunąć się spod turysty z plecakiem, ale zadanie skutecznie utrudniają jej śliczne, kobiece ciuchy, które nierozważnie, w ten jeden dzień w roku, postanowiła na siebie włożyć. Kątem oka widzi nieco złośliwy uśmiech Silasa, który nawet nie kiwa palcem, żeby jej pomóc, jedynie wodzi za nią wzrokiem. – Wiesz, zawsze doceniałam twoją przyjaźń – stwierdza Edel, gdy wreszcie, ani na moment nie tracąc determinacji, udaje jej się stanąć nad Silasem (pan z plecakiem bardzo przeprasza).
– Przecież wiem. – Uśmiecha się heros, podczas gdy Del próbuje strzepać z jego koszulki drobiny swojego podkładu. – Ale nie musiałaś wstawać. Trochę tak sobie postoimy.
– Nie dziwne to?
– Co, dziwne? Awaria metra? – Ku dziwnemu zdezorientowaniu Edel, Silas nie udaje zdziwionego — jest naprawdę, w stu procentach, zaskoczony.
– No, bo widzisz. Może to coś związanego, wiesz, z potworami i tak dalej…? – tłumaczy niepewnie, ale mężczyzna nie wydaje się przekonany. I raczej nie ma w planach przekonać się do uwierzenia w nagły zamach potworów na ten konkretny pociąg, w którym znalazła się ich konkretna dwójka, w ten konkretny dzień.
– Jakbym każde niepowodzenie zwalał na potwory, to byłbym niesomowicie beztroskim i szczęśliwym człowiekiem, wiesz – wreszcie mówi Silas, kompletnie pomijając fakt, że byłby również niesamowitym paranoikiem, gdyby rzeczywiście tak myślał. – Ktoś ze mną zerwał? To potwór go do tego namówił. Wypiłem mleko z laktozą? Potwór mi je podłożył. Nie mam zasięgu? To znowu te cholerne potwory, które robią sobie małpi gaj z wieży telekomunikacyjnej…
– Lassie.
– Co?
– A co jeśli… – Heros unosi dłoń, żeby ją uciszyć. Edel posłusznie zamyka usta, ale Silas nic nie mówi. I… i nic nie mówi. Dlatego ponawia próbę: – A jeś-
– Ciiiiiiiiiiiiiiiii.
– ?
– Nie ma potwora. Jakby był, to by się nam pokazał, prawda? Więc go nie ma – przedstawia jej swoje bardzo logiczne rozumowanie, wygodnie rozwalony na półtorej siedzenia. Z jakiegoś powodu nikt nie zajmuje pozostałej połowy bardzo wygodnego krzesełka, ale nie ma czasu na zastanawianie się, dlaczego.
Edel jest zdeterminowana. Nie dość, że wykorzystuje dodatkowe centymetry, które dają jej buty na platformie (i tak nie jest w stanie dojrzeć niczego ciekawego nad głowami ludzi), to również wykorzystuje swój niesłychanie dobry słuch, żeby przysłuchać się ogólnemu gwarowi. Chyba udaje jej się dosłyszeć więcej niemieckich przekleństw, niż sądziła, że zna, ale to wszystko. Niespokojnie bawi się swoim zegarkiem kieszonkowym, tak jakby z sufitu miał na nią spaść Minotaur. Aktuanie nie uznaje tego za jakoś bardzo nieprawdopodobne.
– Słuchaj, ja wiem, że Obóz jest traumatyczny, ale na stanie nie mamy kozetki – informuje ją Silas, wyrywając ją z zamyślenia. Patrzy na niego spod zmarszczonych brwi, ale jej oczy szybko, prawie jak same z siebie, przenoszą się za szybę okna pociągu. Jeszcze bardziej marszczy brwi, trochę w nadziei, że to wyostrzy jej wzrok, a trochę dlatego, że już naprawdę ma dość. – Co, przyszli jacyś mechanicy? – pyta Silas i też się odwraca, choć za oknem widać tylko absolutną ciemność.
Edel mogłaby przysiąc, że jeszcze przed chwilą coś tam było.
Nic nie widzą, ale słyszą uderzenie w drzwi. Metal ociera się o siebie, gwar spleciony z wiązanek przekleństw i podenerwowanych prób uspokojenia płaczących dzieci nagle ucicha, wszystkie oczy skupiają się na wgnieceniu w drzwiach. Gdy następuje drugie uderzenie, wszyscy, oprócz Edel i Silasa, gwałtownie się odsuwają. Naciskają przyciski otwierające drzwi do innych wagonów, przepychają się między sobą, depczą wszystkim po stopach. Edel uchyla się przed tłumem, Silas szybko przyciąga ją do siebie, zmuszając ją do skulenia się na siedzeniu obok niego.
– Mówiłam?!
– No, mówiłaś, rzeczywiście. – Brzmi tak, jakby wciąż się uśmiechał, ale gdy Edel unosi głowę, nie odnajduje znajomo uniesionych w górę kącików ust, spomiędzy których często dodatkowo wystaje w połowie wypalony papieros. – Wiesz, zawsze mogę… spalić cały wagon i tak dalej. Zrobić wielkie bum i po sprawie. – Jakiś próbujący przepchnąć się przez spanikowany tłum facet patrzy na niego jak na terrorystę, a Silas tylko puszcza do niego oczko.
– Tak, twój grecki ogień na pewno nam się tutaj przyda – mamrocze Edel, poprawiając chwyt na swoim zegarku. Nie ma tu tyle miejsca, żeby mogła zmienić go w pilum. Przebiłaby kogoś na wylot.
– Wiesz, teoretycznie to coś wciąż nie dostało się do środka, więc może ruszymy, zanim-
Kolejne, głośniejsze niż wcześniej, uderzenie w drzwi przerywa mu w pół zdania. Tym razem metal postanawia się poddać i, ku nieszczęściu wszystkim, którzy wciąż znajdują się w wagonie (Silas, Edel, parę przerażonych ludzi, może szczury), spomiędzy szpary wyłania się głowa człekokształtnego stwora, a wszystko coraz bardziej zaczyna przypominać scenę z horroru średniej klasy. Edel wreszcie otwiera swój zegarek, w jej dłoni pojawia się pilum mniejsze i naszczęście tylko jedna kobieta dostała jego drzewcem w bok. Zanim Edel wymamrotała przeprosiny, poszkodowana zniknęła pomiędzy ludźmi, którzy zgromadzili się przy końcu wagonu. A Silas… wreszcie podnosi się z siedzenia, żeby dalej udawać, że niczym się nie przejmuje (przejmuje się, bo nawet Del widzi, że aż wstrzymał oddech ze stresu). Rozgląda się wokół siebie, pewnie w poszukiwaniu jakiejś zastępczej broni, bo rzucanie granatami greckiego ognia w wagonie berlińskiego metra mogłoby być dobrym pomysłem tylko w chorym śnie piromana.
Długie, zdecydowanie za długie uszy ciągną się za przeciskającą się przez wykrzywione drzwi kreaturą, a z nich wystają przeraźliwie wielkie piankowe zatyczki. Potwór musi jeszcze tylko przeciągnąć przez szparę gruby, wypchany po brzegi strzałami kołczan, żeby móc w pełni stanąć wewnątrz wagonu, otrzepać szarawe futro z pyłu i się przeciągnąć. Edel na moment zastyga, zanim przypomina sobie, że powinna to ośmiopalczaste stworzenie zaatakować, zanim on zrobi to pierwszy.
Rzecz w tym, że ten długouszny człowieczek wcale nie wygląda na groźnego i spragnionego krwi potwora. Wygląda na marnego cosplayera Słonika Dumbo, który nie trafił na konwent albo na halloweenową imprezę. Heroska próbuje sobie przypomnieć, co to, na bogów, jest i czemu wygląda na bardzo cywilizowanego obywatela dzierżącego łuk z wycelowaną prosto w jej serce strzałą.
Zdecydowanie łatwiej walczy się z czymś, co nie przypomina człowieka.
Półbogowie odskakują, każde w swoją stronę. Edel czuje ukłucie bólu, a jej wyszperana w lokalnym lumpeksie koronkowa bluzka staje się podłą dziurawą narzutką. Potwór szczerzy się do nich jak najszczęśliwszy Słonik Dumbo na świecie i żadnemu z herosów się to nie podoba. Za straszydłem do wagonu próbuje przecisnąć się jego pobratymiec, który zamiast zatyczek ma wciśnięte na łeb spore słuchawki, które wyglądają, jakby perfekcyjnie odcinały go od jakichkolwiek dźwięków otoczenia. Silas posyła Edel zdezorientowane spojrzenie, które ona zupełnie ignoruje — skupia się bardziej na walką pilum bez rzucenia nim w cywili, którzy w panice ukrywają się przed… dla nich to pewnie zwykli terroryści albo obdarci bandyci i dwójka głupich dzieciaków, które próbują z nimi walczyć. Niezłe widowisko.
Strategia, do rozumnych potworów potrzebna jest dobra strategia. Której ona nie ma, bo nawet nie pamięta, czym są te stworzenia.
– Ej, Decybel, masz może… nóż jakiś? – rzuca jeden ze stworów do drugiego. Ten marszczy brwi, tylko po to, żeby pokręcić głową. – Na święte głośniki. Dobra. Łuki są okej.
Podczas gdy on rozmawia ze swoim towarzyszem, Edel postanawia zaatakować. W parę susów jest już przy kreaturze, która, z dość znudzonym wyrazem twarzy, po prostu wzlatuje na swoich ogromnych skrzydłach pod sufit wagonu. Tam kończy swoją wypowiedź i znowu strzela do Edel, zmuszając ją tym do przetoczenia się po brudnej podłodze metra i zaplątania się w swoje własne ubrania. Siłuje się ze spódnicami (ma ich na sobie aż trzy), podczas gdy potworek nie marnuje czasu i zmusza ją do znacznie szybszych reakcji, niż ona jest w stanie wykonać. Ze zniszczonym makijażem oraz z krwią cieknącą po ramionach i boku brzucha, ukrywa się za siedzeniami. Gdy zza nich wychodzi, dumnie dzierży broń i prezentuje swoje piękne czarne kolarki, które przezornie założyła pod spódnice.
Prawie wpada na jednego ze stworów, który gotowy jest wbić jej strzałę w gardło (przeklęty, próbował się do niej zakraść) i przez chwilę się siłują: on strzałą, ona pilum. Silas w tym czasie używa swoich cudownych mocy do rzucania w drugiego potwora tłustymi opakowaniami po jedzeniu z McDonalda i chyba jest bliski oddania się zupełnej rozpaczy.
Kreatura odskakuje od Edel, szybkim ruchem poprawia swoje słuchawki. Już bez zbędnego przedłużania połączonego z etycznymi rozważaniami na temat zabijania człekokształtnych i obdarzonych zdolnością mowy potworów, Edel rzuca się na uszate stworzenie, próbując wbić pilum gdziekolwiek w jego ciało.
– KOŃCZĄ MI SIĘ OPAKOWANIA – wrzeszczy Silas, uderzając potwora ostatnim pudełkiem po nuggetsach w zasięgu jego wzroku. Przy okazji przeszkadza stworom podmuchami nagłego wiatru, których nie powinno być w zamkniętym wagonie. Strzały ze smutkiem odbijają się od okien i wbijają się w fotele, podczas gdy herosom udaje się przetrwać z płytkimi draśnięciami.
– Akord, a mówiłem, żeby wziąć khandy! – woła potwór wcześniej określony Decybelem do swojego partnera z zatyczkami wcisniętymi do uszu. Ten tylko wzrusza ramionami i uchyla się przed strumieniem coca-coli, którą próbuje zaatakować go Silas.
– Silas! – woła Edel z niemal drugiego końca wagonu. Mężczyzna odwraca głowę w jej stronę i z jego spojrzenia heroska wyczytuje wystarczająco dużo, żeby stwierdzić, że jest on bardzo bliski podpalenia całego wagonu (przy czym Del zgodzi się z nim, że to zdecydowanie najłatwiejsza droga ucieczki, ale szkoda, że tak destrukcyjna). – To są te takie, które od dźwięków… tego! Wiesz!
Heros posyła jej najpierw zdezorientowane spojrzenie, a potem radośnie kiwa głową i chyba rozumie już, o co jej chodzi.
Nie pamięta nazwy wrażliwych na dźwięk potworów, a uświadomienie sobie ich słabości nie zajęło Edel aż tak długo. Zważając na ich imiona, zatyczki i słuchawki, było to naprawdę trudnym zadaniem, któremu pewnie nie podołałby niejeden heros, zwłaszcza w stresie!!!
Del stwierdza, że na żałowanie swoich błędów przyjdzie jeszcze pora.
Bez słów ustala z Silasem plan (albo to ona ustala plan, do którego on będzie musiał się dostosować) — najpierw ona spróbuje zrzucić jednemu słuchawki, a drugiemu wygrzebać zatyczki z uszu, a wtedy on wreszcie użyje swoich mocy do czegoś lepszego niż uczynienia prowizorycznej broni z fast foodów. O ile w międzyczasie nie umrą od świszczących w wagonie strzał.


Silas?
────
[1681 słów: Edel otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

To słowo, jak zawsze zresztą, wpycha się do jego ust samo i również samo się wypowiada. Nie oczekuje, że Elianne nagle powie, że mu wybacza i wszystko jest okej, bo on też nie wie, co chce, żeby mu wybaczyła. Pewnie jak zawsze odpowiedziałby „nie wiem”, a ona tylko uśmiechnęłaby się lekko i odpowiedziała „to nie przepraszaj”. Przeprosiłby za przepraszanie, zatoczyliby krąg, a potem on próbowałby wbić sobie do głowy to, że to poczucie winy, które go dręczy, jest kompletnie bezpodstawne. Nie odpowiada więc, bo przewidzenie przyszłości w tym przypadku nie sprawia mu najmniejszego problemu.
– Jakbym miała ci coś za złe, to bym ci powiedziała – mówi Elianne z tym swoim uśmiechem, który zawsze wydawał się Kalowi taki szczery i niewinny.
Tym razem jednak patrzy na nią podejrzliwie, ale szybko odwraca wzrok, żeby jeszcze nie pomyślała, że jej nie wierzy. Chce jej zaufać. Nie chce myśleć o tym, czego on nie pamięta, a co ona chce zapomnieć. Dlatego w milczeniu kiwa głową, obracając jednym z pierścionków, który powoli zaczyna rdzewieć, a on wmawia sobie, że wygląda tak samo jak wtedy, gdy kupił go parę lat temu.
– O każdym plotkują – dodaje Elianne, chyba próbując go pocieszyć. – Gorzej, jak się o tym wreszcie dowiesz, ale to trochę pocieszające, tak pomyśleć, że o każdym coś mówią za jego plecami, nie?
Kal tylko kręci głową. Chciałby, żeby to tak działało, nie, ona by chciała, żeby życie tak wyglądało, żeby ludzie po prostu mieli gdzieś zdanie innych. Może ona ma, może jej nie obchodzi to, że wszyscy myślą, że jej chłopak jest z nią tylko dla jakiejś durnej przykrywki. Szczerze, uwierzyłby w coś takiego. Ludzie chyba piszą książki na takie tematy.
Zamiast cokolwiek powiedzieć, niespodziewanie chwyta dłoń Elianne i wstaje z ziemi, ciągnąc ją za sobą. Mają robotę do zrobienia, porozmawiać mogą wieczorem. Albo równie dobrze nigdy. Na szybko sprawdza, czy nie ubrudził sobie spodni wilgotną glebą, bo tego to by już nie przeżył, nieważne, jak długo Elianne tłumaczyłaby mu, że wystarczt szczypta proszku do prania i będą jak nowe. On będzie pamiętał, że miały plamę.
– Jest okej – stwierdza Elianne ze śmiechem, a Kal nie wie, o co dokładnie jej chodzi. Spodnie? Plotki o nim? Jej samopoczucie?
Swoim zwyczajem, nie wnika.
Ponownie chwyta grabie powoli kostniejącymi z zimna palcami, myśląc sobie, że już wolałby myć okna. Gdy to robi, to przynajmniej jest mu ciepło, a teraz nie może nawet się wściec i wyrzucić ścierki na brukowane drogi Obozu, bo nie ma tutaj ani ścierki, ani okna, przez które owa ścierka mogłaby wylecieć. Ma tylko grabie, którymi mógłby zrobić komuś (albo sobie) rzeczywistą krzywdę.
– Kal?
– No?
– Ale wszystko jest okej?
Odwraca wzrok, nie odpowiada od razu. Nie podoba mu się to, ale Elianne będzie wierciła mu dziurę w brzuchu przez następny tydzień, jeśli teraz wyrzuci z siebie sucho brzmiące „tak” i dalej będzie zachowywać się tak, jakby coś się stało, chcąc zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Kiedyś myślał, że jego uczuć nie widać po nim aż tak dobrze, wydawało mu się, że wszyscy wokół niego, pozbawieni umiejętności wyczuwania emocji innych, nie znają sposobu na poznanie czyichś myśli, dopóki ktoś ich przed nimi jawnie nie odsłoni. (On wciąż nie ma zamiaru myśleć o sobie jako o wyalienowanej jednostce, która sposób funkcjonowania innych ludzi odkrywa zdecydowanie za późno).
– Nie lubię być postrzegany w ten sposób – odpowiada wreszcie, a Elianne zaczyna emanować tak dużym zaskoczeniem, że na moment nawet jego to zaskakuje. Szok, ciekawość, radość. Chciałby nie znać tych nazw. – Zastanawiam się, czy nie ściąć włosów – dodaje ze wzruszeniem ramion.
– To nie chodzi przecież o to, jak wyglądasz… – nieśmiało mówi Elianne. Kal nawet na nią nie patrzy. – W sensie. Możesz się prezentować jak chcesz. I nikt nie powinien mieć do tego jakichś… problemów.
– Ludzie oceniają cię po tym, jak wyglądasz – beznamiętnie mówi chłopak, starając się z całych sił, żeby, nie dajcie bogowie, myślała, że jest mu żal lat zapuszczania i innych takich. Lat pielęgnacj i wizyt u fryzjera, żeby z brązu zejść do bieli, i momentów, w których był pewien, że wyłysieje, a to siano wygląda dobrze tylko z odległości co najmniej dwustu metrów (nigdy nie było to prawdą, dzięki, mamo). – Nie wiem. Dawno niczego nie zmieniałem.
– Mi tam się podobasz taki, jaki jesteś – stanowczo rzecze Elianne. – I nie musisz się zmieniać ze względu na innych.
– Właściwie, zastanawiałem się nad tym od dawna – perfidnie kłamie. – Rozjaśnianie niszczy włosy – dodaje, choć Elianne wie najlepiej ze wszystkich znanych mu osób, że jego końcówki nigdy się nie rozdwoiły, co dopiero mówić o jakimś „zniszczeniu”.
Nie myślał nad tym. Nie chciał nad tym wszystkim ślęczeć, wpatrywać się w ścianę i myśleć o tym, jak bardzo czasem chciałby odciąć się od tego, co jest jego. Zasygnalizować swoją zmianę (której jeszcze nie ma) czymś wielkim i szokującym, informując wszystkich, że nie jest już tą samą osobą, a tamten białowłosy laluś to już nie on.
Problem w tym, że najpierw wypadałoby się zmienić, żeby to miało jakikolwiek sens.
– Wiesz, jeśli bardzo chcesz, to mogę ci pomóc – proponuje Elianne.
– Umiesz ścinać włosy? – Dziewczyna dobrze wie, że za tymi słowami kryje się pytanie o jej przeszłe kursy fryzjerskie, najlepiej razem z certyfikatami i bogatym cv.
– Nie, ale zakładając, że tobie będzie we wszystkim ładnie…
– Nie mów tak.
– Ale to prawda – żartobliwie rzuca Elianne i choć Kal dobrze wie, że tylko się z nim droczy, to chłopiec wciąż się krzywi.
– Wiem, ale tak nie mów.
Irracjonalna prośba. Wie o tym nawet on.
– No, dobrze. Ale wiesz, zawsze będziesz mógł to poprawić u fryzjera, nieważne, co zrobię – stwierdza Elianne, mimo że wie, jak uparty potrafi być Kal. – W ogóle. O jakim kolorze myślałeś?
– Na pewno nie o białym – prycha.
– O różowym?
– Chyba śnisz.


Fryzjerko?
────
[934 słowa: Kal otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Eli ta sytuacja wydawała się tak surrealistyczna, że miała ochotę się roześmiać. Bardziej ze zdezorientowania (haha?), niż z rozbawienia (haha!). Miała nadzieję, że Theodore za chwilę przestanie marszczyć brwi, uśmiechnie się i zacznie wyśmiewać ich za to, że wzięli go na poważnie. Nie to, żeby uwierzyła w jego słowa. Raczej zorientowała się, że sam święcie wierzy w to, co mówi. I nie była do końca pewna, czy to jest naprawdę dużo lepsze.
Może to byłoby całkiem zabawne, gdyby atmosfera wokół nich nie gęstniała jak karmel, razem z narastającą frustracją i gniewnymi spojrzeniami. Bzdurna awantura wywołana równie bzdurną rzeczą; Eli zastanawiała się, czy przypadkiem nie zawiodła tutaj kruchość męskiego ego. Nie miała pojęcia, czy Kal znał się z Theodorem — byli w tej samej kohorcie, ale nigdy ich razem nie widziała. Tym bardziej nie rozumiała, na czym polega problem.
Zrozumiała natomiast to, że mimo raczej pasywnej postawy Kala, Theodore sobie nie odpuszcza. Zmarszczyła brwi, zabierając dłoń z ramienia Kala. Już wcale nie było jej do śmiechu.
— A jaki ty masz problem, przepraszam bardzo? Bo chyba czegoś nie rozumiem — powiedziała, opierając sobie dłonie na biodrach.
Kal wyglądał, jakby jej nie słyszał, ale Theo w końcu zwrócił na nią uwagę, nieco zdziwiony. Elianne wyznawała zasadę, że większość rzeczy może próbować załatwiać polubownie do skutku. Nie lubiła się kłócić, nie lubiła konfliktów i uważała, że niemal we wszystkich przypadkach rozwiązaniem jest rozmowa. A jednak teraz mrużyła oczy i łapała się na tym, że napina mięśnie, utrzymując bojową postawę. Jej nerwy nie były w swojej najlepszej formie, a ten bezsensowny atak po prostu ją denerwował.
— Dziewczyno, ja się dziwię, że ty nie masz problemu — prychnął Theodore, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
Spojrzenie na Elianne i powiedzenie, że się najeżyła, byłoby całkiem dobrym stwierdzeniem. Może nie miała tego dnia cierpliwości, była zmęczona i chciała przeżyć jeden dzień w spokoju. A może po prostu wkurwiało ją takie bezsensowne gadanie i trafiło na dzień, w którym nie miała do tego nerwów.
— To jest mój chłopak i zapewniam cię, że wiem o nim więcej, niż ty. Więc się odpieprz, bo czuję się jak w przedszkolu — powiedziała napiętym głosem.
Kątem oka widziała, jak Kal mechanicznymi, niezbyt wyważonymi ruchami zagrabia liście. Czasami wciskał grabie w ziemię tak mocno, że wyrywał z niej kępki trawy. Eli nie miała pojęcia, co chodzi mu po głowie i ile szkód narobiło pojawienie się Thedore'a. Czasami (dość często) żałowała, że nie umie czytać mu w myślach. Ułatwiłoby to wiele rzeczy.
— Żebyś potem nie płakała — niechętnie rzucił w jej stronę Theodore, krzywiąc się.
Wcisnął ręce w kieszenie spodni i już go nie było, odszedł w stronę centrum obozu. Eli złapała się na tym, że zaciska dłonie w pięści i powoli je rozluźniła. Podrapała się po karku, próbując rozluźnić zbyt napięte mięśnie.
— Idiota — mruknęła pod nosem.
Kal wciąż skupiał się na tych głupich liściach. Kiedy zabrała mu z dłoni grabie, popatrzył na nią tak, jakby do tej pory nie wiedział, że w ogóle tutaj jest. Oparła narzędzie o drzewo i sama usiadła na trawie, suche, niezgrabione jeszcze liście szeleściły pod materiałem jej kurtki. Ona siedziała, Kal stał. Patrzyła na niego wyczekująco.
— Co? — bąknął w końcu, błądząc wzrokiem gdzieś w pobliżu grabi.
— Usiądź — poprosiła.
Wiedziała, że Kal niekoniecznie usiądzie na brudnej trawie, ale miała nadzieję, że jego otumanienie tym razem opowie się po jej stronie. W końcu usiadł, podwijając kolana pod brodę. I wciąż na nią nie patrzył.
Elianne nic nie mówiła. Czasami lepiej było pomilczeć. Szczególnie kiedy widziała, że Kal krzywi się na odgłos wiatru w pozostałościach liści na drzewach. Nie wyglądał, jakby był w stanie słuchać czyjegokolwiek głosu. Poza tym nie miała zamiaru znowu go namawiać do rozmowy, a na własną bezsensowną paplaninę nie miała ochoty.
— Przepraszam.
Mruknięcie Kala było na tyle ciche, że przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Zignorowała pytanie, które cisnęło jej się na usta (za co?).
— Nie przepraszaj.
Oparła się plecami o chropowaty pień drzewa i przymknęła oczy.


Kal?
────
[645 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

piątek, 23 stycznia 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Praca i po pracy"

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Chait śledził wzrokiem rozmawiającego z klientem Apollodorosa, co chwilę tylko przenosząc uwagę na rzeczy na stoisku, przyglądając się pracom znajomego i nie unikając, ale też nie utrzymując spojrzeń przechodzących wokół ludzi. Bawił się przy tym wciśniętą mu butelką wody, raczej bezmyślnie przekręcając ją i robiąc po prostu cokolwiek, by jakoś zająć ręce. Nie potrafił cierpliwie siedzieć w miejscu, a towarzyszący sytuacji dyskomfort tylko dodatkowo go nakręcał.
Oczywiście, nie było w tym winy Apollodorosa czy nieoczekiwanego spotkania. Chait czuł, że jego obecność nie pasuje do tego stoiska. Wiedział, że w rzeczywistości nie ma to żadnego znaczenia i nikt poza nim nie zwraca na to uwagi. Więcej, nikt pewnie nawet tego nie zauważa. To był tylko jego głupi, wymyślony problem.
– Jak wchodziliśmy, to już zaczynała ustawiać się kolejka – zauważył, kiedy Apollodoros z powrotem się do niego odwrócił. – Podejrzewam, że będziesz mieć dzisiaj dużo zainteresowanych.
Jego głos nie zdradzał nawet odrobiny z tego głupiego niepokoju. Może mógłby przy okazji mówić coś, co nie było aż tak oczywiste. Ugryzł się w język, zanim znowu wyrwało mu się pytanie o to, czy nie przeszkadza.
– Może chociaż mogę ci w czymś pomóc? – zapytał zamiast tego.
Naprawdę bardzo nie lubił bezużytecznie siedzieć i patrzeć, jak inni pracują.
– W tej chwili nie ma potrzeby, siedź spokojnie. – Apollodoros poprawił koszyk z przypinkami, przekrzywiony po tym, jak klient przeglądał jego zawartość.
Chait spodziewał się takiej odpowiedzi, ale dalej liczył na inną. Było to trochę naiwne. Uśmiechnął się, tylko trochę z rezygnacją.
– Ale powiedz, jeśli będziesz potrzebował w czymś pomocy. Nawet z kwestii organizacyjnych – poprosił. – Mam w tym trochę doświadczenia.
Wzruszył przy tym ramionami, żeby nie brzmiało to, jakby kompletnie się przechwalał. Nie miał czym.
– Oczywiście. – Mężczyzna znowu się do niego uśmiechnął i zaraz odwrócił się, kiedy do stoiska znowu podeszło kilka zainteresowanych osób.
Tym razem Chait, zamiast obserwować dyskusję i rękodzieło, skupił się na przechodzących wokół ludziach. Po jego znajomym dalej nie było śladu. Zastanawiał się, czy kompletnie się zgubił i szukał go teraz w panice (wątpił w tę część o panice), czy zwyczajnie nie zauważył, że Chaita już nie ma obok (w to wątpił w całości), czy znalazł osobę, której szukał i uznał, że w takim razie nie potrzebuje już pomocy (co byłoby trochę wredne i dalej raczej w to wątpił).
Chaitowi przeszło przez myśl, że może powinien jednak ruszyć na poszukiwania i próbować wypatrzeć go w tłumie, ale tłum ten powoli się zwiększał, a razem z tym zmniejszały się szanse na powodzenie poszukiwań.
– Mówiłeś, że dzisiaj nie jesteś jako pracownik?
Oderwał się od obserwowania tłumu i spojrzał na Apollodorosa, który skończył już obsługiwać potencjalnych klientów.
– Taaak. Starałem się w tym sezonie unikać większych wydarzeń, ale obsługa targów i festiwali to jedno z moich głównych zajęć.
Doszedł do wniosku, że jeśli w ciągu najbliższych trzydziestu minut nie zobaczy nigdzie Jamesa, to pójdzie poprosić o pomoc któregoś z pracowników. Zwykle pomagali znaleźć zgubione dzieci, ale czy jedno różniło się od drugiego aż tak bardzo?
– Znajomy poprosił, czy z nim dzisiaj nie przyjdę, bo chciał kogoś odwiedzić. Ale wyszło… jak widać – parsknął z rozbawieniem.
Apollodoros też się zaśmiał.
– Na pewno zaraz się znajdzie.
Chait tylko mruknął coś w odpowiedzi. Zależało mu na tym trochę mniej, niż powinno.
– Jesteś na wszystkich zimowych wydarzeniach? – zapytał, chcąc chociaż trochę odbić tematem od siebie i swoich znajomych.
– Na niektórych.
Chait zastanowił się chwilę. Miał w głowie listę wszystkich targów i festiwali, ale oczywiście nie zamierzał pytać o każde z osobna. To byłoby przerażające i zbędne.
– Jeśli będziesz na tych przedświątecznych, to daj znać. Na pewno będą prosić o więcej ludzi, więc jest szansa, że się spotkamy.
Zaraz po wypowiedzeniu tych słów przypomniał sobie, że do tego czasu równie dobrze może skończyć bezdomny, a to raczej nie ułatwiłoby mu pojawienia się w pracy. Już i tak walczył z korkami.
– To jest, jeśli wcześniej nie pokona mnie walka z agencjami nieruchomości i opłatami – dodał półżartem, nie powstrzymując się od wywrócenia oczami. Nie musiał, przecież każdy wiedział, jak wygląda sytuacja na rynku.
– Problemy z lokum?
Westchnął.
– Jeden ze znajomych się rozmyślił, więc muszę szukać pokoju gdzie indziej – wyjaśnił, starając się, by nie brzmiało to na pełne desperacji.
Bo nie był nawet jakiś bardzo zdesperowany. Może trochę zirytowany, może trochę zmęczony, ale nie przejęty na tyle, by czuć desperację.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]